sobota, 14 maja 2016

Epilog.

Nie udało mi się zachować twarzy i nie rozpłakałam się dopiero, gdy przekraczałam próg domu, niestety. Jakoś dobiegłam do domu, nie wiem jakim cudem, łzy zamazywały mi widzenie. Nie zwróciłam uwagi na zdziwione, lekko zniesmaczone twarze moich tymczasowych opiekunów. Z tego, co zdążyłam zauważyć, siedzieli sobie w salonie, z lampką czerwonego wina (ale bym się czegoś napiła) w dłoniach, ewidentnie coś świętując.
Dotarło do mnie, że jedyna przeszkoda w postaci mamy przecież została usunięta i... marzenie Emmy właśnie się spełnia.
Szlochając coraz bardziej rozpaczliwe wpadłam do mojego pokoju. Sięgnęłam po torby i zaczęłam upychać ciuchy. Niestety, musiałam zostawić połowę szafy, co jeszcze bardziej mnie dobiło. Najwyżej zostawię pieniądze Aby, jak gdzieś znajdę mieszkanie, to mi wyśle.
Tylko na nią można liczyć.
Ależ nie! zaświtało mi w głowie. Lou!
Drżącymi dłońmi wybrałam numer i już po chwili usłyszałam jego głos.
- Steph... ty serio dzwonisz? - Z mojej piersi wydarł się szloch. - Steph, co jest? - Lou naprawdę się zaniepokoił. - Co się stało?!
- J-ja - wyksztusiłam. - M-móg-głb-byś c-coś d-dla m-mnie z-zrobić?
- Steph, uspokój się, bo nie rozumiem...
- PRZYJEDŹ ZARAZ DO MNIE BŁAGAM ODWIEŹ MNOE DO MONTGOMERY I ZNIKNĘ Z TWOJEGO ŻYCIA! - wrzasnęłam. - BŁAGAM PRO-oszę... - Opadłam bezsilnie na kolana przed łóżkiem i zaszlochałam. - Proszę, tylko ty mi zostałeś...
Nie dałabym głowy, ale miałam wrażenie, że zasłania dłonią telefon i cicho coś do kogoś mówi. Ja w tym czasie pakowałam wszystko, co tylko mogłam, szukając jednocześnie starej walizki. Gdzie ona jest, powinna tu być, do jasnej cholery?!
- Hej, jesteś tam?
- J-jasne - wymamrotałam. - Cz-czy...
- Przyjadę pod twój dom najszybciej, jak się da - przerwał mi łagodnie. - Tylko powiedz, gdzie... - Nagle osłabła z ulgi ledwo wydukałam adres. - Będę za kwadrans... z kimś. Potem masz mi, nam, wszystko wytłumaczyć. - Rozłączył się bez pożegnania.
Z nową energią zabrałam się za pakowanie.
Dziesięć minut później mój pokój wyglądał jak ofiara wojny. Ogołocony ze wszystkich obrazków, ubrań, drobiazgów sprawiał wrażenie opuszczonego. O dziwo zmieściłam się do dwóch wielkich toreb oraz sfatygowanej walizy wielkości mojego biurka. Zostawiłam te najmniej ulubione ciuchy i te, w których naprawdę rzadko chodziłam. Przebrałam się w stare rurki i koszulę ojca, którą zabrałam mu w lepszych czasach. PRzedrozwodowych. W olbrzymiej torbie podręcznej miałam telefon, słuchawki, kartę, którą przekazał mi pan Parkour a także moje słodycze. I kosmetyki.
Nie trudziłam się zmywaniem makijażu. Miałam gdzieś, że moja twarz przypominała maskę upiora.
Mój telefon nagle się rozdzwonił, a ja natychmiast odebrałam.
- Jesteśmy - usłyszałam krótki komunikat. Natychmiast zerwałam się z łóżka.
- Poczekajcie, zrzucę wszystko przez okno, okej? - zapytałam cicho. - Nie chcę, żeby się skapli, że uciekam.
W słuchawce zapadła cisza.
- Które okno jest twoje?
- To po lewej stronie, jak się patrzysz, pierwsze piętro. - Rozłączyłam się i zaczęłam mocować się z oknem.
Tomlinson jak tylko mnie dojrzał, przeskoczył przez płot zwinnie jak jakiś złodziej. Rozejrzał się nerwowo, po czym cicho spytał:
- Steph, co się stało?
- Opowiem ci w drodze, dorze? - poprosiłam. - Nie musisz łapać, tu są same ciuchy, cenne pamiątki są w nie zawinięte. - Uśmiechnęłam się słabo.

***

Lou wszystko złapał (nadal nie mogłam się nadziwić, jaki jest silny). Kiedy zeskoczyłam z pierwszego piętra, robiło się już ciemno. Nawet nie zauważyłam, że się również ochłodziło. Opatuliłam się kurtką Cala i lekko kuśtykając - trochę krzywo upadłam, ale to nic takiego - podążyłam za chłopakiem. Razem przeskoczyliśmy przez płot. Lou zdążył wszystko zapakować, za co mu cicho podziękowałam. Otworzył mi drzwi z tyłu, a ja posłusznie zajęłam miejsce.
Dopiero po chwili zauważyłam, że koło kierowcy ktoś siedzi.
- Jestem Eleanor - przedstawiła się ciepło brązowowłosa piękność.
- A ja... mówili na mnie Steph... ale teraz chyba wrócę do starego imienia - powiedziałam smutno. - Jestem... jestem Juliet.
A potem sie rozryczałam.

***

Louis spokojnie prowadził samochód, co jakiś czas zerkając do tyłu. Jego dziewczyna zdecydowała siąść koło mnie i mnie pocieszać. Bardzo się z tego ucieszyłam, teraz potrzebowałam pocieszenia. Zamoczyłam jej bluzkę moim makijażem i łzami, ale powiedziała, że nic nie szkodzi.
Na najbliższej stacji samochód się zatrzymał. Musieliśmy zatankować przed dalszą podróżą. Nie zdążyli tego zrobić wcześniej, bo zaskoczyłam ich moim telefonem i chcieli przyjechać jak najszybciej, kochani. Razem poszli zapłacić (El obiecała, że weźmie dla mnie gorącą czekoladę i jakiś łakoć), ja w tym czasie wyciągnęłam telefon i wykręciłam znany na pamięć numer.
- Steph?
- Calum? - zapytałam drżącym głosem. - Możesz się mnie spodziewać w najbliższym czasie, j-jestem w drodze do Montgomery. I złapię najlbiższy samolot. Proszę, będziesz czekał na lotnisku w Sydney?
- Steph, co się dzieje, powiedz mi!
- Obiecujesz?
- Tak! Ale co..?
- Opowiem ci... jak przylecę. I wiesz co? - Teraz już ryczałam na całego. Po raz kolejny tego dnia. - Dziękuję, że jesteś.
Połączenie zostało zerwane przez słaby zasięg. Przypomniało mi się, że mój ukochany motor został w mieście. Napisałam więc krótkiego sms-a do Abigail.

Wyjeżdżam. Na zawsze. Zostawiam ci mój motor. Kluczyki są pod poduszką. Błagam, nie rozbij go i noś kask. Zadzwonię z Sydney.

Rozdział piętnasty.

Dobrze, że w drodze do domu nie zatrzymała nas policja. Na pewno dostałybyśmy opieprz za jazdę bez kasku i po pijanemu. Zwłaszcza to drugie. Bo gdy chuhnęłam na rękę, niemal zakręciło mi się w głowie od ilości procentów w wydychanym powietrzu. Dla pewności umyłam zęby trzy razy, a gdy skończyłam się odświeżać, wcisnęłam do buzi dwa listki gumy miętowej. Potem zbiegłam po schodach, bo na dole czekała już zniecierpliwiona Abigail.
- Kupujemy jakieś gówno, dajemy kulturalnie i wracamy spać - powiedziała, pocierając kark. - Idziemy na piechotę?! - zawołała oburzona, gdy minęłyśmy mój ukochany pojazd.
- No.
- Jak to?! Jestem na kacu, nie wytrzymam!
- Ja też, i żyję. Nie będę ryzykować rozbicia mojego słoneczka.
Wywróciła oczami, zauważyłam to kątem oka, ale żadna z nas nic nie powiedziała. Nie miałam zamiaru się z nią kłócić, bo tępy ból głowy znów powrócił. Potrafiłam być czasami naprawdę wredna, ale w tym stanie riposty będą się pojawiać w opóźnionym tępie, a tego nie mogłam ryzykować. Chociaż siostra też była raczej niedysponowana.
- To co jej kupimy? - spytała marudnie, gdy czekałyśmy w kolejce. Postanowiłam kupić w najbliżeszej aptece - tak, tej od tej ćpunki - leki przeciwbólowe, bo do domu wpadłyśmy tylko na minutkę, by się przebrać i takie tam.
- Jakiegoś duperela - odparłam mrukliwie. - Może... kubek?
Aby ożywiła się widocznie, ciesząc się z tego bylejakiego pomysłu. (Jak to mówię do gości z małym kutasem: ważne, że jest). Chwyciła się go jak tonący brzytwy.
- Tak, tak, tak, kupmy jej kubek i do tego bombonierkę, a potem SPAĆ - powiedziała z naciskiem, podkreślając ostatnie słowo.
Wyjątkowo się z nią zgodziłam.
W końcu natknęłyśmy się na sklep z duperelami, jak to określiłam. Od chuja tych wszystkich soli do kąpieli, skrzyneczek nie-skrzyneczek, obrazków, plakatów, ram na obrazki, ram na plakaty, długopisów z dziwnymi napisami, okularów przeciwsłonecznych... można tak wymieniać wnieskończoność. Zgodnie skierowałyśmy sie do kubków i już po chwili w oko wpadł nam okaz idealny: prosty, biały, nie za duży, ale za to... z napisem THERE'S A CHANCE THIS IS VODKA. Jak tylko go zobaczyłam, wiedziałam, że Ellie przypadnie do gustu.
Spełnione duchowo ruszyłyśmy w stronę jedynę kasy. Got za ladą leniwie żuł gumę, tak głośno, że odruchowo zaczęłam mlaskać z otwartą buzią przy przeżuwaniu. Chłopak złapał haczyk, po chwili w sklepie było słychać tylko ciamkanie. Potem spojrzeliśmy na siebie czujnie i... wybuchnęliśmy zgodnie śmiechem. Gostek owijając kubek ozdobnym papierem (Aby prosiła), ocierał łzy z kącików oczu. Dobrze, że w sklepie byłyśmy tylko my, to dopiero byłby pokaz dojrzałości dzisiejszych młodzieży. Jedynym widzem tego spektaklu była Aby, patrząca na nas (na mnie) z potępieniem.
- Uważaj, bo kredka ci się tu rozmazała - zagadnęłam pogodnie, po czym zaczęłam się śmiać, bo w niewiarygodnym tempie wyciągnął z tylnej kieszeni telefon i się w nim przejrzał. Posłał mi po chwili przeszywająco mroczne spojrzenie lodowatobłękitnych tęczówek. - A, i gdzie kupiłeś soczewki?
- Na eBayu - odpowiedział niechętnie.
- Zajebiście wyglądasz - pochwaliłam. Gość schylił głowę, zasłaniając twarz włosami i wracając do pakowania. Może się zarumienił..?
- Steph, flirciaro, zostaw biedaka - wtrąciła się bezczelnie Aby.
- Ale patrz, jaki on przystojny! - zawołałam obłudnie. - Chyba przetłuszczone włosy, krzywo pomalowane oczy... - Zamruczałam jak kotka przy głaskaniu główki.
- Krzywo? - przeraził się got. - Jest okej, sprawdzałem kilka razy... - Po chwili ogarnął, że sobie jaj robię (znowu). - Cztery dolary - wymamrotał pod nosem, jeszcze bardziej się schylając. 
Z uśmiechem na ustach sięgnęłam do tylnej kieszeni po banknot pięciodolarowy oraz kredkę. Szybko napisałam na ladzie mój numer telefonu. Cholera, czubek był za miękki do pisania (wiem, że to oczywiste), będę musiała go natemperować. Potem, spod rzęs patrząc na oniemiałego faceta, położyłam na ladzie pięciodolarówkę.
- Reszta dla ciebie, tylko zadzwoń kiedyś, fajny jesteś, milutki - rzuciłam na odchodne i już nas nie było.

***
 
Zgodnie stwierdziłyśmy, że Ellie mimo skończonej osiemnastki nie zasługuje na bombonierkę. Kupiłyśmy po prostu większą czekoladę w Tesco, niech się cieszy z tego.
Do domu Devon (od.aut. uwierzycie, że nie mogłam sobie przypomnieć nazwiska Ellie? xD #onlyme) można było przejść skrótem od sklepu przez park. Tak, wiem, to miejsce ciągle jest skrótem, ale w końcu położone jest prawie na środku miasta, trudno, żeby nie było. Wręcz samo się o to prosi, no nie?
No, może nie na środku miasta, ale tak zwanego mojego rewiru.
- Myślisz, że jej się spodoba? - zapytała Aby, gdy siedziałyśmy na ławce, wygrzewając się w słońcu. Postanowiłyśmy sobie ciutkę odetchąć, bo od dwóch godzin byłyśmy na nogach. W dodatku na tym cholernym kacu!
- Szczerze, to gówno mnie to obchodzi. - Westchnęłam i zamknęłam oczy, starawszy się o niczym nie myśleć. - Na moją siedemnastkę kupiła mi wazon, więc wiesz... może się wypchać.
- Aha - mruknęła i już więcej się o nic nie pytała.
Siedziałyśmy sobie w ciszy, łapiąc ostatnie jesienne promienie. Zaczął się okres tornad i cały stan był w stanie gotowości, na razie jednak było spokojnie, Bogu dzięki. Jeszcze by mi się na głowę zwaliły fochy pogodowe.
Nagle poczułam dźgnięciem łokciem. Moje pełne oburzenia 'eej!' uciszył syk 'idzie twój kochaś, chyba się kłóci z kimś... udawaj, że śpisz!'
Jak dobrze, że wzięłam okulary przeciwsłoneczne. Oparłam się wygodnie i w miarę dyskretnie, nie ruszając głową, rozejrzałam się po okolicy. Faktycznie, ścieżką, przy której stała nasza łąwak, szedł mój kochaś, przybliżając się coraz bardziej. Bardzo szybko zresztą, mocno też tupał nogami. W przekonaniu, że jest wkurzony, utwierdziło mnie spotrzeżenie, że ma zmarszczone brwi i... ciągnie włoski rosnące na karku. Tak, pamiętam takie małe cholerne szczegóły i je zapamiętuję, tak wiem, jestem popierdolona. Po prostu... to słodkie, że on nawija na palce. Serio!
- A-ale, nnie to ty... ja nic nie pamiętam! Tak, serio! N-naprawdę! Ona pewnie... na-pra-wdę! Ale dlaczego mi nie wie... Nie, to ty słuchaj! Dobrze wiesz, że według mnie w związku ważna jest wierność i zaufa... Nie przerywaj mi, chcę ci coś... Kendall! Proszę cię, daj sobie wytłumaczyć! Ja nic... to była impreza z taką ilością alkoholu... Jak mogłem nie pić! Ty i matka przyprawiacie mnie o ból głowy, musiałem odrea... Daj spokój, ciągle byście się tylko kłóciły, a potem mam wybierać, tak?! - ściszył trochę, bo zorietował się, koło kogo przechodzi. W jego głosie usłyszałm twardą nutę. - Na trzeżwo nigd... Kendall! Słońce proszę... naprawdę chcesz to skończyć w taki sposób?! Porozmawiajmy! - mówił z coraz większą desperacją w głosie. - Ja naprawdę nic... halo? Halo!
Tupanie ucichło. Usłyszałam westchnienie, a potem ciche łup!, gdy Harry rzucił telefonem.
- Zadowolona? - rzucił kpiąco.
Wiedziałam, że to było do mnie, toteż nie udawałam dalej, że śpię. Z godnością odsunęłam okulary na włosy i wstałam.
- Dlaczego miałabym być zadowolona?
- To możę ja już pójdę - wymamrotała cichutko Aby, ale oboje mieliśmy ją gdzieś. Zabrała szybko prezent i oddaliła się. Zostaliśmy sami.
 - No błagam cię... nie lubiłaś jej nawet zanim ją poznałaś.
- Ja? Niby dlaczego?
- A bo ja wiem? - zawołał nagle i złapał się za włosy, ciągnąc je. - Żaden facet nigdy do końca nie wie, o co chodzi babom! Chociaż kilka moch znajomych wysnuło teorię, że jesteś po prostu mściwa i zazdrosna o szczęście.
- Że co? Pierdol się!
- Aha! Ja tylko ci brakuje argumentów, zaczynasz rzucać przekleństwami!
- Nawet jeśli, to o z tego?! - Kilka osób, które nas mijały, rzucały nam dziwne spojrzenia, ale my mieliśmy to w dupie. Cały czas krzyczeliśmy do siebie, chociaż między nami było tylko kilka jardów. - A ty czemu rzucasz jakimiś bezpodstawnymi oskarżeniami?!
Zaśmiał się mrocznie. Był tak niepodobny do jego normalnego, pełnego radości śmiechu, że aż zadrżałam.
- Zbierałem opinię wielu ludzi na twój temat, bo chciałem ci pomóc! Ale skoro twoja... wredota dotknęła nawet mnie, teraz w tej chwilę oficjalnie daję sobie spokój!
- Że co przepraszam?! Za kogo ty się w ogóle masz czy miałeś?! Nie potrzebuję jakieś cholernego nawróciciela!
- Chciałem ci pomóc! Ale teraz nie mam ochoty nawet na ciebie patrzeć! Zrujnowałaś mi wczoraj życie! Tak cholernie po prostu!
- Ja?! TOBIE?! - wrzasnęłam jak opętana, wręcz pijana złością. - JA TOBIE ZNISZCZYŁAM ŻYCIE?! TO WSZYSTKO TWOJA WINA!
- Przez ciebie ona nie chce mnie znać! - odkrzyczał wściekły. - Straciłem osobę, którą kochałem!
- Przez ciebie się zakochałam! - odpowiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć. Nagle, czerwona jak burak zatkałam sobie usta.
Patrzyliśmy na siebie chwilę, ja na niego ze wściekłością i... czułością, on na mnie z niedowierzaniem w szarozielonych oczach.
- J-ja... nie wierzę ci! Byłem tylko miły!
- To chyba nie wziąłeś pod uwagę, że dla mnie nikt, powtarzam nikt nie jest miły bezinteresownie! - zawołałam. Czułam, jak do oczu napływają mi łzy. Zamrugałam szybko, nawet w takiej chwili martwiłam się o swój makijaż.
- A-ale... - wyraźnie zabrakło mu argumentów. Ale teraz to ja miałam swoją mowę, on już się wykrzyczał.
- Zamknij się! Wiesz, jak to jest żyć w rozbitej przez zdradę i alkohol rodzinie?! Nie! Gówno wiesz! Nie masz pojęcia, jak się żyje w świadomości, że jedyna osoba, która cię naprawdę kocha, to umierająca na raka mózgu matka! Żyć w świadomości, że powstałeś właściwie przez przypadek! I że całe życie ojciec zdradzał matkę z jaką żmiją! A potem wznosi toast za śmierć byłej żony! - Nie powstrzymywałam już łez. Miałam w dupie, jak wyglądam, że ludzie wokoło nas zaczynają przystawać i w milczeniu słuchać. - Myślisz, że dlaczego ciągle się upijałam? Jak każdy: aby zapomnieć, w jak chujowej sytuacji jestem! Mój jedyny przyjaciel mieszka w chuj daleko, wręcz na drugim końcu świata, a w dodatku zakochałam się w totalnie słodkim nieosiągalnym gościu! - Nagle, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki emocje opadły.
Przerażona siłą własnego wyznania, zarumieniłam się jeszcze mocniej i odsunęłam się kilka kroków, z zamiarem odejścia. Wokoło stali ludzie, kilka starszych kobiet nawet wyciągnęłao chusteczki i... ocierały kąciki oczu. Nasza dwójka stała pośrodku kółka. Harry przyglądał mi się z niedowierzaniem. Po raz ostatni odezwała się we mnie Nutty. Zdecydowanym krokiem podeszłam do niego i delikatnie ucałowałam jego usta. Zesztywniał.
- Ale wiesz co? - zaczęłam cicho, z miłością. - Teraz... Teraz, to się pieprz. - Odeszłam od niego. - Zniknę, tak jak chcesz. Bo jeśli się kogoś kocha, to pragnie się tego kogoś szczęścia. A widać tylko moje odejście cię uszczęśliwi.
Nagle zerwałam się do biegu i zniknęłam w tłumie. Goniły mnie jeszcze oklaski, ale zagłuszył je mój szloch.

Rozdział czternasty.

Nigdy nie przypuszczałam, że można czuć się tak źle. Aż tak do dupy.
Przytulałam się bezsilnie do misia, roniąc łzy na jego włochatą pierś. Zamknęłam się w pokoju. Dawca nasienia próbował chyba wyważyć drzwi, ale z tego co słyszałam, był zbyt pijany; nawet żeby złapać klamkę. Bolało mnie, że nazwał mnie dziwką, chociaż właściwie nie powinno. Ile razy już to słyszałam? W dodatku nasze stosunki... naszych stosunków już po prostu nie było. Kiedyś jeszcze potrafiliśmy normalnie rozmawiać, ale miałam wrażenie, że Emma całkiem zatruła mu umysł. Nigdy w życiu nie wznosił by toastu za czyjąś... czyjeś odejście. Zwłaszcza byłej żony, zachowałby elementarny szacunek.
Nagle do głowy wpadł okropny pomysł.
Co jeśli...
...zmienił się tak przez...
...alkohol?
Zwinęłam się w kłębek jeszcze bardziej, chowając miśka przy moim brzuchu. Czy ja także w miarę staczania się w alkoholizm, staczałam się moralnie?
Co za głupie pytanie! zagrzmiała moja podświadomość. To chyba oczywiste, że tak!
Jesteś dziwką i pijaczką, Steph.
- Wali mnie to - warknęłam do siebie.
No właśnie.
W dodatku gadam sama ze sobą.
Podniosłam głowę, żeby skontrolować, jaka jest pora dnia. Niebo już szarzało, na oko może ósma wieczorem..? Oj, długo leżę. Od pierwszej na pewno.
Brzuch niesamowicie bolał mnie z głodu. Miałam to jednak w dupie. A niech boli. Nie jadłam nic oprócz pechowego lunchu, nie mogłam się przemóc, by wziąć cokolwiek do ust. Mdliło mnie nawet od samego widoku jedzenia.
- Steph? - usłyszałam nagle. - Steph, jesteś tam? Jak się czujesz?
Aby. Chyba tylko ona się o mnie troszczyła, jak widać.
Wstałam i trzymając się za brzuch (o rany, ale boli..!), podeszłam do drzwi.
- A jak mam się czuć, skoro moja mama umarła? - wychrypiałam. - Jestem w totalnym dołku.
- Otwórz.
Spełniłam polecenie przyrodniej siostry i oto ukazała mi się jej cała sylwetka, z rozczochranymi włosami włącznie. Pochyliła się i najzwyczajniej w świecie mnie przytuliła.
A potem się rozpłakała.
Byłam tak zaskoczona, że mechanicznie zamknęłam drzwi i posadziłam ją na moim łóżku.
- Co się stało, Aby? - zapytałam zatroskana, zapominając na chwilę o własnych problemach.
- Ja, ja chyba się znowu zakochałam - wyksztusiła ruda. Sięgnęła po mojego misia, po czym wtuliła w niego twarz. - W hmpfhmpf.
- Co?!
- W Caumie! - powiedziała głośniej.
- Calumie?
- Ta!
Bezsilnie opadłam na łóżko.
- I tak masz lepiej niż ja, bo zawsze możemy go jakoś odwiedzić, a poza tym, masz MNIE.
- Ale... chyba dla niego to była jednorazowa przygoda - wychlipiała.
Kierowana instynktem przytuliłam ją do siebie i pozwoliłam jej się wypłakać. Opowiadałam jej też, jak bardzo mi się Harry podoba, że zauważam takie małe rzeczy, które też mi się podobają, że kocham i jednocześnie nienawidzę Kendall, bo ona sprawia widocznie, że jest szczęśliwy, ale ja chcę być na jej miejscu. I że jak chciałam o tym opowiedzieć mamie i się poradzić, ona... ona odeszła...
Potem płakałyśmy obie.

***

- Dobra, koniec tego rozpaczania - powiedziała prawie dziarskim tonem Aby, gdy wydmuchiwałam nos (trąbiąc w chusteczkę). - Czyli obie jesteśmy nieszczęśliwie zakochane. Tylko ty masz gorzej i dodatkowy ciężar.
- Wiem, co z tym zrobimy.
- Hę?
- Chodźmy się tak uchlać, żeby o wszystkim zapomnieć.
Wyszykowałyśmy się i koło dziewiątej wieczorem byłyśmy gotowe. Miałam na sobie czarne koronkowe szorty, ciemne koturny i czarną półprzezroczystą koszulkę, pod którą można była zobaczyć również czarny stanik. Na twarzy nie miałam aż takiej tapety - tylko mocna kredka (tak, czarna) i tusz do rzęs. I czerwona szminka, która niemal raziła oczy przy takiej ilości ciemnych kolorów. Włosy zostawiłam rozpuszczone, opadały kaskadą na plecy.
Aby ubrała neonowo żółtą sukienkę. Mrużyłam oczy, gdy na nią patrzyłam, więc nie przyjrzałam się jej kreacji bliżej. Nie, żeby mi się chciało.
Schowałam nasze pieniądze na drinki do kieszonki. Nie brałyśmy telefonów. W planach był totalny black out, jeszcze by nas okradli. Wzięłam jeszcze tylko podrabiane dowody osobiste, w razie gdyby ktoś z obsługi kwestionował naszą pełnoletność (przyp. aut. pamiętajcie, w USA jest się pełnoletnim wobec prawa po skończeniu dwudziestego pierwszego życia)*.
Z kamiennymi minami zeszłyśmy po schodach i już miałyśmy wyjść, gdy rozległ się skrzek Emmy (obie się skrzywiłyśmy, słysząc to):
- Abigail, gdzie ty się wybierasz?!
- Ja? - zapytała głupio, grając na czas.
Zacisnęłam dłoń na klamce, by w każdej chwili móc otworzyć drzwi i po prostu wyjść.
- Widzisz tutaj inną Abigail? - zapytała kpiąco macocha. - Gdzie się wybierasz?
- Na imprezę - odpowiedziała podobnym tonem. - A to nic do tego.
- Abigail!
Ale ona już dała mi znak do otwarcia drzwi. Niczym modelki na wybiegu przeszłyśmy przez próg, a potem zupełnie nie-jak modelki pobiegłyśmy do mojego motoru. Usadowiłam się wygodnie i kiedy siostra szukała odpowiedniej pozycji do siedzenia, ja odpaliłam silnik.
- Gotowa?! - zapytałam, przekrzykując ryk pracującej maszyny.
- Tak! Jedźmy!
- Abigail, co to ma znaczyć, jutro idziesz do szkoły! - zawołała żmija.
- Mam to w dupie! - odwrzasnęła jej pierworodna córka.
Wtedy wreszcie odjechałyśmy.

***

Był środek tygodnia, a w pobliskim barze była cała (no, prawie) szkoła. Wszyscy stali w kolejce, nerwowo prztupując, bo robiło się zimno. Po tym, jak pomogłam Aby zejść, ona też zaczęła pocierać ramiona.
Ja natomiast byłam dziwnie pobudzona, było mi wręcz gorąco.
- Masz szczęście, że mam chody u ochroniarzy - powiedziałam jej na ucho.
Pogoniła mnie tylko gestem, więc westchnęłam, narzekając na niewdzięczność dzisiejszego świata, po czym uwodzicielsko kręcąc biodrami zbliżyłam się do rosłego osiłka.
- Witaj, Pat - wymruczałam.
- Cześć, Steph. - Uśmiechnął się krzywo.
- Mógłbyś wpuścić mnie i moją siostrę?
- No nie wiem... - Ewidentnie się ze mną droczył, bezczelnie gapiąc się na moją klatkę piersiową.
- Mamy odpowiednie stroje, a ja - Pstryknęłam mu palcami przed oczami (od.aut. haha rymik xD) - mam kartę VIP Premium. Platynową.
Oczywiste jest, że taka karta nie istnieje, ale ochroniarz dobrze skumał, że jestem jedną z ulubionych klientek właściciela, z którym byłam na "ty". Uważał mnie za jedną z najlepszych lasek, które pieprzył i pozwolił wchodzić kiedykolwiek do klubu niczym VIP. Co z tego, że był wtedy pijany - mam to nagrane.
Pat bez słowa odsunął się od wejścia, przepuszczając nas. W tym samym czasie wyszło jakieś dwadzieścia osób, nawalonych w nie cztery, tylko czterdzieści dup. Tak więc do klubu dostałyśmy się my, a także połowa naszej klasy. Złapałam Johnny'ego i spytałam, wrzeszcząc do ucha:
- Czemu tu jest prawie cała szkoła?!
- Ellie ma urodziny, zapomniałaś?! Przecież gadała o tym cały czas! Zaprosiła wszystkich, nawet nauczycieli!
Bez słowa odeszłam w stronę siostry.
- I co?!
- Ellie ma urodziny, nic specjalnego!
Wzruszyła ramionami i pociągnęła mnie w największy tłum. Tam zaczęłyśmy wyzywająco tańczyć. Przypomniała mi się noc, gdy poznałam Louis'ego i nagle nabrałam ochoty na coś mocniejszego.
Kierowałam się właśnie w stronę baru, gdy nagle dostrzegłam opierającego się tam... Harry'ego.
Powiedzieć, że byłam zdziwiona, to naprawdę duże niedopowiedzenie.
Na wszelki wypadek, gdyby zaczął mieć do mnie o coś pretensje, pojawiłam się przy ladzie jakieś trzy metry od niego.
- Wódka z lodem i tonikiem - rzuciłam arogancko.
- A pełnoletnia jest? - zapytał z obleśnym uśmieszkiem barman. Miał może czterdzieści na karku, ale widziałam przystojniejszych gości: bez żółtych od nikotyny zębów na przykład.
Czułam, że Harry odwraca głowę w naszą stronę.
- Oczywiście, że jest - odparłam. - Inaczej by mnie nie wpuścili, yup?
- Masz szczęście, że laska wszystko sponsoruje, musiałabyś mnie jakoś przekonać...
- Nie sądzę, że byłoby warto... - Odrzuciłam włosy na plecy, po czym dodałam: - Wódka z lodem i tonikiem, powiedziałam.
Zmrużył przekrwione oczy, ale odwrócił się i zaczął mieszać mojego drinka.
- Stephanie?
- Harry? - Udałam, że dopiero teraz go zauważyłam. - Ty chodzisz na imprezy?
Zaśmiał się ponuro.
- Muszę jakoś odreagować.
Dopiero teraz zauważyłam, że kurczowo ściska w dłoni szklankę z bursztynowym płynem.
- Jack Daniel's?
- Ta.
Obleśny barman postawił przede mną wysoką szklankę i sobie poszedł. Wyjęłam cytrynkę, położyłam na blacie i wypiłam na raz połowę, czując w żołądku zajebiste orzeźwienie z przyjemnymi bąbelkami. Odetchnęłam głęboko, bo aż mnie zatchnęłam, po czym znów odchylając się prawie tak bardzo jak Neo z Matrixa. dopiłam resztę. Na dnie zostały tylko kostki lodu.
- Co takiego musisz odreagować? - zapytałam nonszalanckim tonem.
- Kłótnię z Kendall i z mamą.
Nawet nie zauważyłam, kiedy się tak do siebie zbliżyliśmy. Niemal stykaliśmy się ramionami.
- A o co poszło? - dopytywałam, brzdąkając lodem o ścianki szklanki. - Barman! Jeszcze raz to samo!
- Kendall nie lubi mamy, a mama jej. Pokłóciły się, a ja nie umiałem wybrać strony.
- Tylko tyle? - zaśmiałam się gorzko, bo przypomniałam sobie moje problemy. - Moja matka dzisiaj umarła, zostawiając mnie z ojcem alkoholikiem i nieczułą żmiją w domu, Calum musiał wracać do Australii i prawdopodobnie mam HIV. Aha, i jestem alkoholiczką jak stary. Milutko, prawda?
Sięgnąłam po moją szklankę, znów pełną. Zakręciłam nią powoli, obserwując roztapiający się lód. Pociągnęłam łyka.
- Emma nie wygląda na żmiję - powiedział Harry.
- Przez nią mój ojciec stał się osobą wznoszącą toast za śmierć byłej żony - warknęłam. - Zresztą, co ja ci tłumaczę, i tak nie zrozumiesz.
Jeszcze raz wzięłam łyka wódki. Zaczynałam czuć już lekkie zawroty głowy.
- To mi wytłumacz.
- Nieważne, co ci powiem i tak będziesz miał mnie za dziwkę - powiedziałam gniewnie, odkładając szklankę. - Żegnaj.
Odepchnęłam się od lady i tylko trochę się zatoczywszy, podążyłam w stronę parkietu. Miałam zapomnieć, a przez tą rozmowę wręcz wszystko sobie przypomniałam. Kurwa.
Przez przypadek natknęłam się na Ellie i bełkotliwie złożyłam jej życzenia. Przyjęła je ze śmiechem. Też była już nieźle wstawiona. Po chwili dołączyła się do nas Caroline, która zaproponowała taniec. Zaczęłyśmy się bujać, chichrając się jak głupie, ale poczułam na nadgrastku uścisk.
To był Harry.
- Czego chcesz?! - spytałam głośno.
A potem, całkowicie nie panując nad własnym ciałem (naprawdę!), złapałam go wolną dłonią za kark i...
...pocałowałam.
Nie odepchnął mnie, tylko objął ramionami w talii i przycisnął do rozgrzanego ciała. Całował tak cudnie, że miałam wrażenie, że dojdę tylko przez to - już robiło mi się mokro w majtkach. Od tak dawna marzyłam o spróbowaniu tych różowych ust, zanurzeniu dłoni w jego małpiej czuprynie. Pozostawały mi tylko fantazje, a tu taka niespodzianka. Czułam, jak powoli zamieniam się w budyń albo coś podobnie bezwładnego.
Nie wiem, ile to trwało, ale za wcześnie Harry mnie odepchnął.
- N-nie mogę... m-mam dziewczynę...
Wtedy to ja odsunęłam się od niego i bez słowa ruszyłam po kolejnego drinka.

***

Impreza skończyła się totalnym black out'em. Po raz drugi w życiu urwał mi się film - pierwszy raz był na pierwszej imprezie. Gdy obudziłam się z masakrycznym bólem głowy, poczułam się jak gówno. Na lewym ramieniu pochrapywała Aby, a głowa El leżała na moich kolanach. Wszyscy znajdowaliśmy się na klubowych kanapach. Nie wiem, jakim cudem się zmieściliśmy, ale pewnie większość imprezowiczów wróciła do domu o własnych siłach.
Zrzuciłam z siebie oba pasożyty. Zamruczały coś pod nosem i wróciły do chrapania sychronicznego.
Chwiejnie wstałam i trzymając się za bolący brzuch, podeszłam do najbliższego stolika, na którym królowały wysokie szlanki z wodą, kilka opakowaniań paracetamolu oraz krakersy.
Rzuciłam się na to wszystko jak wygłodniałe zwierzę. Po chwili połowy krakersów nie było, a ból brzucha znacząco zelżał. Wypiłam spokojnie wodę, żeby nie zwymiotować i wzięłam okrągłą tabletkę.
Sięgnęłam do kieszeni, aby po chwili znaleźć klucze, papiery na pełnoletność i kasę. Ok, wszystko gra, hajs się zgadza. Nie było sensu sprawdzać godziny, skoro i tak nie miałyśmy zamiaru iść do szkoły. Takie imprezy się odsypia cały dzień.
- Aby, chodź, musimy wracać - powiedziałam jej na ucho. Sukienka jej się tak zadarła, że widać było koronkowe majtki, więc jakoś ją poprawiłam. Zamruczała coś i dalej spała. - Aby, przysięgam, jak się nie obudzisz, zrobię ci zdjęcie i wyślę Calumowi.
- C-co? - Poderwała się nagle. - Ale przecież nie masz przy sobie... - Skojarzyła nagle. - Ty!
- Ja - powiedziałam tonem osoby zadowolonej z siebie. - Wstawaj, musimy jeszcze kupić Ellie prezent.
- C-co?, J-jak?, Gd-gdzie?!
- Ellie prezent w centrum jakimś. Zbieraj dupę idziemy.
- Kurwa, nie mów tak głośno... pić... - wychrypiała.
Z westchnieniem poszłam po szklankę i podałam konającej od kaca przyrodniej siostry. Dostała także tabletkę, niech zna moją dobroć. Podziękowała uśmiechem, po czym... zwymiotowała mi pod nogi, brudząc koturny.
- Zabiję cię - wysyczałam, ciągnąc ją do łazienki.
- Ale to nie było specjalnie...
- Kto cię tam kurwa wie. - Sięgnęłam po papier toaletowy, zamoczyłam go w wodzie i zatykając nos, zaczęłam ścierać resztkę rzygów z moich zamszowych koturnów. - Będziesz mi je czyścić własną szczoteczką - zagroziłam.
Zachichotała tylko. Chyba jeszcze nie do końca wytrzeźwiała.
- Ale wyobraź sobie: Caro się budzi i bach! wpada do moich rzygów!
Parsknęłam śmiechem, gdy ten obraz pojawił mi się w głowie. Faktycznie, najbliżej feralnej kałuży była Horan.
Kiedy wreszcie moje buty wyglądały w miarę przyzwoicie, wstałam, chwiejąc się lekko, bo mięśnie mi trochę zesztywniały.
- Dobra, ja już jestem gotowa i jadę.
- Co? - Aby przerwała picie wody prosto z kranu. - Czekaj chwilę, zaraz skończę!
Chwila przeciągnęła się do chyba godziny, ale kiedy wychodziłyśmy, wszyscy nadal spali. Wsiadłam na motor oraz przekręciłam kluczyk. Aby przyspawała się do moich pleców i... pojechałyśmy.

Rozdział trzynasty.

Lekcje angielskiego straciły swój urok po 'zerwaniu'. Właściwie nie urok, tylko, hmm, nieco erotyczną atmosferę. Napięcie seksualne. Wyczułam to już we wtorek. Nie przeszkadzało mi to jednak. Ani trochę.
Siedziam całą lekcję wpatrzona dyskretnie w jeden punkt. Przeraziło mnie, z jaką łatwością popadłam hipnozę. Naprawdę i serio serio. Najgorsze było, że tym punktem była głowa Stylesa. Kontemplując jego słodkie loczki, zastanawiałam się, dlaczego chodzi z tą Kendall. Czy naprawdę ją kocha? Czy tylko siebie oszukuje, bo pragnie w życiu miłości..? Przypomniały mi się słowa pani Styles.
Ja się do niego wręcz po chamsku przystawiałam, a on... ma mnie za siostrę? Na samą myśl zrobiło mi się niedobrze. Co za.. typ! głupi czy... głupi?! Każdy facet to idiota, ale kurwa, co on... ślepy może?!
Ale jego włosy tak słodko... tak słodko układają się w nieład. Zwłaszcza z tyłu.
- Stephanie, mogłabyś powtórzyć, to, co przed chwilą powiedziałem?
Uniosłam głowę, powoli budząc się ze słodkiego otępienia. Niejasne czucie déjà vu natychmiast ogarnęło moją wyluzowaną dotąd duszę. Tylko, że Liam się nie uśmiechał. O, przepraszam - teraz pan Payne. Cała klasa zaciekawionym wzrokiem obserwowała moje 'przebudzenie', po klasie przebiegły śmieszki.
Bardzo mnie to zdenerwowało.
- Wolałabym teraz nie powtarzać tego nudnego wykładu, zwłaszcza, że powstrzymuję się przed rzyganiem. - Jak na zawołanie w żołądku zaczęło mnie jeszcze bardziej mulić. Wstałam nagle i biegu chwytając torbę wybiegłam z klasy, zatrzaskując za sobą drzwi.
Wyjście Smoka, brawo Steph.
Chwilę potem klęczałam przed brudnym kiblem (za co płacą tym cholernym sprzątaczkom?!). Zwymiotowałam i poczułam się naprawdę paskudnie. Trzęsącymi się rękami ledwo podpięłam włosy, a już dosłownie wyleciał ze mnie lunch. Czułam, jak moje ciało drży z wysiłku, pokrywa je zimny pot.
Nigdy nie byłam bulimiczką, wręcz przeciwnie - roszkosznym, pulchnym dzieckiem. Wymiotowałam tylko w wypadku chorób, a i wtedy nie zawsze. Nigdy nie mogłam przywyknąć do tego przykrego uczucia. Dlatego nie rozumiałam - nie rozumiem - bulimiczek. Bulimików. Cokolowiek. Chociaż wiem, że nie o to dokładnie chodzi.
Odczekałam chwilę, czując się wyjątkowo podle. Chciałam już wstać i przemyć twarz (dzięki Bogu miałam przy sobie paczkę gum do żucia), gdy torsje znów powaliły mnie na kolana. Tym razem z gardła (i z nosa...) nie wyleciały resztki jedzenia, tylko żółć z czerwonymi plamkami. Wyplułam tą gorzką ciecz i podparłam się na dłoniach, próbując złapać głębszy oddech. Gardło miałam strasznie zaciśnięte, nos podrażniony, brzuch bolał jakby mi wyrywano flaki. Potarłam ręce, na których włoski sterczały niczym żołnierze na baczność. W dodatku zaczęła boleć mnie głowa.
- Steph, jesteś tu? - W łazience rozległ się nosowy głos. No zajebiście, po prostu kurwa zajebiście.
- Nie kurwa, tam - warknęłam, patrząc z obrzydzeniem na resztki lunchu pływające w brudnej wodzie i czując, że coś zaciska mi się w gardle. Zamknęłam oczy. - Spierdalaj.
- Nie jestem tutaj, bo tak chciałam. - Zaczęło mnie telepać ze złości, gdy usłyszałam ten perfekcyjny brytyjski akcent, którym 'mówi królowa angielska!!!'. - Pan Payne mnie wysłał, żeby sprawdzić, czy serio wyrzygujesz swoje wnętrzności.
Zaczęłam powoli się podnosić, podpierając się ścian. Nie byłam skłonna zaufać moim nogom, które jakby straciły całe napięcie w mięśniach. Kolana miałam jak z waty.
- No to chodź - powiedziałam słabo, czując, jak kręci mi się w głowie. Czemu te ściany się chwieją? A może to ja? - Popatrz na tą niesmowicie barwną kopozycę, jaką utworzyły moje rzygi.
Ostatnie co pamiętam, to zniesmaczona twarz Lisbet, która pojawiła mi się przed oczami, gdy otworzyłam drzwi od kabiny.

***

Obudziły mnie głosy. Albo raczej jeden głos.
Pani Yellygum (serio tak się nazywała) słynęła w szkole ze swojego donośnego altu. Od razu można było się domyślić, że jest naprawdę energiczną kobietą, która wie, czego chce.
- Czemu od razu nie poszła do mnie, hmm? - mruczała pod nosem. - Czemu przyniosłeś ją dopiero teraz, hę?
To było po prostu kultowe. Zabrzmiało jak wystrzał z armaty. Niesamowite było, że każdy uczeń potrafił je zaparodiować, lepiej albo gorzej.
- Lisbet przyleciała po pomoc dopiero, gdy Stephie była nieprzytomna...
Tfu, jakie lamerskie zdrobnienie od mojego arystokratycznego imienia! Pasowało by raczej do jakiejś wiejskiej dziewuchy z piegowatą twarzą i rudymi włosami zaplecionymi w warkocze. Ja jestem Stephanie. Albo Steph! Imprezowa seksoholiczka i alkoholiczka Steph! A nie Stephie do jasnej kurwy.
Zastanowiłam się, czemu ten skrót mnie wkurzył.
Ah, ojciec tak do mnie mówił. I wszystko jasne.
- A ileś ty nią niosł, co?
- Chwilę, jest naprawdę lekka.
Nie mogąc znieść tego czczego gadania, otworzyłam nagle oczy i natychmiast tego pożałowałam. Nade mną bowiem pochylała się pielęgniarka. Nie było to dla mnie komfortowe, zwłaszcza, że... widziałam jej włosy w nosie. O-chy-da.
- O! - Pielęgniarka odsunęła się ode mnie i posłała uśmiech przepełniony ulgą. - żyje. Tylko strasznie ci jedzie z ust, słońce. Masz gumę do żucia?
- Oczywiście, że mam!
Gwałtownie wstałam i podparłam się na rękach. Tak jak się spodziewałam, leżałam na jednym z tych niewygodnych tapczanów lekarskich, przykrytych zielonym papierem.
- Okej, twój ojciec już po ciebie jedzie - powiedziała spokojnym tonem pielęgniarka. Potem jakby drgnęła i odwróciła się na pięcie. - Co ty tu jeszcze robisz, hę?
Ja także przeniosłam swój wzrok na Harry'ego. Widząc, jak jego twarz czerwienieje, moje serce jakby stopniało, a przez głowę przemknęła myśl, jak bardzo jest on słodki.
Kurwa, rzygam tęczą.
- J-ja... - Zaciął się.
- Ty nie jesteś tu potrzebny - przerwała mu bezlitośnie kobieta. - Idź sobie, na lekcje.
Z ponuro opuszczoną głową spełnił rozkaz. W drzwiach tylko posłał mi zatroskane spojrzenie (martwi się o siostrę) i wyszedł. Nagle poczułam się dużo gorzej, wspomnienia uderzyły z ogromną siłą, a żołądek zacisnął się boleśnie. W ustach nadal miałam gorzki posmak.
- Już... jedzie? - wyksztusiłam. - A kiedy... będzie?
- Do pięciu minut. Co wstajesz, leż, gdzie leżysz, bo znowu się porzygasz. O tak, oprzyj się o ścianę. Ślicznie. A teraz powiesz mi, co zjadłaś na lunch.
- Sałatkę. I piłam wodę.
- Czułaś, jakby coś z posiłkiem było nie w porządku? - Zebrała obfitą spódnicę i zasiadła majestatycznie przed biurkiem. - Dziwnie pachniało, smakowało?
Wzruszyłam ramionami. Kobieta westchnęła i zaczęła coś szybko pisać w dziwnym zeszycie.
Nie grzeszyła urodą. Jej okrągła jak księżyc twarz wydawała się niezbyt proporcjonaona - za długi nos, zbyt pełne, duże usta, zbyt głęboko osadzone oczy. Była tęga i niska, ale zawsze poruszała się nad wyraz zgrabnie. Długie rude włosy spinała w luźnego koka, który odejmował jej kilka lat. Najgorszy był jednak... wąsik czający się nad górną wargą.
Jak ona mogła z tym żyć?!
Siedziałyśmy tak chwilę w ciszy, podczas której starałam się dojść do siebie. W nosie ciągle mnie piekło, z każdym oddechem. Marzyłam od prysznicu i szczotce do zębów. Z pastą.
- Coś przyjechało - powiedziałam cicho.
Z mojego punktu obserwacyjnego miałam widok na okno, że tak powiem. Pielęgniarka zerknęła przez ramię.
- To chyba on, więc idź sobie. - Machnęła na mnie ręką. - Tylko powiedz, jak się nazywasz..?
- Stephanie Julie Fox-Lisowsky - wyrecytowałam posłusznie.
- Mam. Teraz idź już sobie. Najlepiej umów się na wizytę lekarską.

***

Wsiadłam do wozu ojca z mieszanymi uczuciami i głową pełną rozkmin, jak buzi gum do żucia.
- Coś się stało? - zapytałam, gdy zapięłam pasy, a twarz taty jeszcze bardziej spochmurniała.
Wyglądał, jakby był jednocześnie podekscytowany i zmartwiony.
- Tak. Ale o tym porozmawiamy w domu. Czeka ktoś na ciebie.

***

Niepewnie wysiadłam z samochodu, trzymając się kurczowo drzwi. Było mi niedobrze i jednocześnie brzuch bolał mnie z głodu. Ojciec nawet się mną nie zainteresował, tylko zamknął pojazd i wszedł do domu. Poszłam w jego ślady i już po chwili zdziwiłam się.
Otóż na kanapie siedział pan Parkour.
Naturalnie, zjawiał się on u nas zazwyczaj co miesiąc (chodź nie ostatnio), kiedy to dawał mi oraz ojcu 'kieszonkowe'. Oboje życzyliśmy sobie gotówki. Ale przecież to jeszcze nie był ten dzień. Wypadał za jakieś... dwa tygodnie?
Na raz wpadła mi do głowy straszna myśl.
Pan Parkour był prawnikiem mamy.
A jeśli teraz siedzi tu z ponurą miną...
- Nie - wyszeptałam. Prawnik usłyszał to jednak i podniósł się z kanapy. Jego milczący wzrok... mówił wszystko. - Nie... - dodałam głośniej.
- Tak - zaprzeczył ojciec, wyciągając jakiś alkohol, może brandy z barku. - Dosłownie pół godziny temu.
- C-co?! - wyksztusiłam, po czym nagle osłabły mi nogi i opadłam na kolana. - Nie, to nie może być prawda, nie... - uspokajałam sama siebie, chowając twarz w dłoniach. Cichy szloch wydarł się z moich ust.
- Wreszcie, wreszcie, wreszcie, nareszcie - podśpiewywał pod nosem ojciec. Z każdym słowem nienawidziłam go coraz kurwa bardziej. Coraz kurwa mocniej. - Trzymała się życia jak głupia, ale wreszcie dała sobie spokój. I dobrze.
Zacisnęłam pięści i syknęłam, bo zadrapałam twarz paznokciami.
- Nie mogłem się doczekać, i o to Bóg spełnił moje prośby. Trzeba to oblać! Napije się pan?
Naturalnie pytanie było skierowane do Parkour'a.
- Nie piję w pracy. - Brzmiała sucha odpowiedź.
- Nie to nie. - Ojciec nie bardzo się przejął. - Sam wypiję. Odeszła, w końcu!
Miarka się przebrała. Pokonałam słabość i jakoś wstałam, co w moim mniemaniu przebiło wejście na Himalaje. Podeszłam do dawcy nasienia, wyrwałam mu szklankę i cisnęłam przez pokój.
Zapadła cisza.
- Jak śmiesz - zaczęłam cicho. - Jak śmiesz tak wypowiadaç się o mojej matce. Jak śmiesz pić, bo odeszła po drugiej i pełnej bólu walce. Jak śmiesz, ty, mały człowieku! Ty podła szumowino, ta kobieta cię utrzymywała i spełniała twoje zachcianki nawet wtedy, gdy ją porzuciłeś w największej potrzebie! - wrzeszczałam. - JAK ŚMIESZ!
- Jak ty się do ojca odzywasz! - odwrzasnął. - Zero szacunku, ani teraz, ani nigdy!
- Tak mnie w końcu wychowałeś, prawda?! Ty podły chuju, nie zasługujesz na szacunek! - Kompletnie nie panując nad sobą, podniosłam dłoń i dałam mu z liścia.
Własnemu...
...ojcu.
Zapadła cisza. Na twarzy taty pojawił się czerwony ślad. On tylko jednak patrzył na mnie wściekle.
- Ty dziwko... - wysyczał. - Jeszcze się policzymy.
I najzwyczajniej w świecie wyszedł.
- Przepraszam, że musiał pan to oglądać. - Zdziwiłam się swoim spokojnym tonem, gdy odwróciłam się w stronę prawnika. - To takie upokarzające...
- Pani ojciec jest bardzo...
- ...niewdzięcznym chujem. - Westchnęłam. - Jak..?
- We śnie - odpowiedział natychmiast. - Polepszało się jej. Nawet zaczynaliśmy mieć nadzieję, ale... - Odchrząknął. - Pani Fox kazała przekazać to.
Podszedł do mnie i wręczył mi zwykłą kremową kopertę.
- Co to jest? - zapytałam słabo.
- List i... karta. Ostatnia... ostatnia wola pani Fox została spełniona od razu. Tak jak chciała.

***

Julie!
Prawdopodobnie, gdy to czytasz, mnie już nie ma.
Źle zaczęłam, ale chyba nie da się inaczej...
My , ludzie, zaczynany coś doceniać, gdy to coś zostanie nam odebrane. Zdrowie, życie. Spokój i szczęście. Tak naprawdę zbliżyłyśmy się do siebie dopiero, jak wykryto raka. Mimo to wiem, że to był najlepiej spędzony czas. I ty również.
Masz po mnie nie płakać. Zabraniam ci. Nie zasługuję na to. Masz być szczęśliwa, uśmiechać się każdego dnia. Masz się z a k o c h a ć. Ja będę czuwać nad tobą. Daj Bóg.
W kopercie powinna znajdować się karta. Zaraz po moim odejściu zostaną przelane pieniądze na specjalne konto: twoje konto.
Możesz z nich korzystać nie będąc pełnoletnia. Przyda ci się na zakupy, prawda?
Kocham cię i nie płacz po mnie, córciu.
Mama
PS NIE PŁACZ, PROSZĘ, ŚMIECH PRZEDŁUŻA ŻYCIE. Chociaż przez łzy się śmiej.

Leżałam na łóżku, otoczona przez zużyte chusteczki. Przyciskałam do twarzy list, wdychając subtelne perfumy mamy.
Tak mamo, będę się śmiać. Tylko jutro.
Dziś... dziś rany są jeszcze zbyt świeże. 

Rozdział dwunasty.

Miałam gdzieś, że makijaż mi się rozmazuje, że nie mam chusteczek, że moja twarz będzie zaraz przypominac kolorem paprykę. Calum wyjeżdżał. Już. W tej chwili.
Właściwie to za dwadzieścia minut miał odprawę, ale ja musiałam wracać. Obiecałam mu to. I muszę dotrzymać obietnic, ten jeden raz chociażby.
- Hej, Jul, nie płacz, proszę... - błagał, gdy szlochałam w jego koszulkę z tarczą kapitana Ameryki. - Dobrze wiesz, że nie mogę zostać...
- N-no w-wiem, a-a-ale... - roszlochałam się na dobre. - P-po p-pr-prostu mnie t-teraz przy-tul, muszę d-dojść do ssiebie...
No i staliśmy tak pośrodku lotniska. Calum trochę się wiercił, bo przyczepiłam się do niego jak jakaś małpka i ograniczałam mu ruchy. Z każdej strony wpadali na nas ludzie, mrucząc coś o głupocie młodych i inne pierdoły. Szczerze? Miałam to tak głęboko w dupie, że aż w żołądku. Pierdolcie się, idioci! Czy wy w ogóle wiecie, co ja przeżywam?! Nie! Więc się ogarnijcie!
- Steph, musisz już iść.
Zacisnęłam mocniej pięści na jego koszulce.
- Obiecałaś.
Powoli, całkowicie wbrew sobie zaczęłam się odsuwać. A jednak po bardzo krótkiej chwili nie czułam już jego ciepła przy sobie. Przejechałam dłonią po twarzy, starając się odzyskać normalne widzenie, nie załzawione. Dostrzegłam na szarym materiale opinającym jego klatkę piersiową czarne smugi. Tusz do rzęs i eyeliner. Ciekawe, czy to spierze... i kto...
- Muszę już iść - powiedział cicho Calum, z pochyloną głową, nie patrząc mi w oczy. Wraz z nim odsłuchałam suchy komunikat.
- Tylko zadzwoń - powiedziałam spokojniej, starając się wrócić do formy. - Obiecaj.
- Obiecuję.
Ostatni uścisk... i po prostu się odwrócił. Obserwowałam ponuro jego powoli oddalające się plecy. Nie odwrócił się ani razu, a ja wiedziałam, że na jego miejscu postępowałabym tak samo. Pożegnanie przypominało mi zrywanie plastra: gdy to przedłużasz, ciągle boli, nawet coraz bardziej. Trwa coraz dłużej... musisz się tego pozbyć od razu. Oderwać plaster szybko. Zaboli raz i przejdzie.
Ta, pocieszaj się takimi pierdołami myślałam gorzko, z ostatnią łzą na policzku.
Gdy brunet zniknął w gęstniejącym tłumie, również odwróciłam się, tylko że w drugą stronę. Grzebiąc w torebce (szukałam chusteczek do demakijażu oraz odpowiednich kosmetyków), nie patrzyłam przed siebie. Kwestią czasu było potrącenie kogoś lub zostanie potrąconą.
- Kurwa - zaklnęłam pod nosem, zachwiaszy się na wysokich szpilkach. W złapaniu równowagi pomogła mi wyciągnięta pomocna dłoń, którą niechętnie przyjęłam.
- Ty nie w szkole? - zapytał znajomy głos.
- Proszę nie zwracać mi uwagi, panie profesorze - rzuciłam z przekąsem. - Dopiero za godzinę zaczynają się lekcje. Mam czas, by wrócić.
- Zawsze możesz do mnie wpaść przed lekcjami...
Wyrwałam dłoń z jego coraz mocniejszego uścisku. Zrobił zaskoczoną minę, ale co on sobie myśli, na dwa fronty będzie grał. Nie jestem tak... taka jak jeszcze kilka tygodni temu. Może jestem zazdrosna o tą kobietę, z którą szedł, ale po prostu nie. Uważałam go za swoją własność, najwyraźniej nie miałam racji.
- Zobaczymy - powiedziałam lakonicznie.
Potem w końcu skierowałam swe kroki w stronę tych cholernych toalet.

***

Ubrana tak samo jak na imprezie, na której byłam z Hoodem wczoraj - tak, zdążyliśmy pójść do klubu przed odlotem - pojawiłam się w szkole, spóźniona jakieś dziesięć minut. W szpilkach nawet wygodnie się jechało, a błękitna kusa bluzka nie odsłaniala aż tak dużo. W brzuch i plecy było mi po prostu przyjemnie chłodno. Na ramionach miałam kurtkę Caluma, którą w ostatniej chwili od niego wydębiłam. Dopiero widząc moje zaszklone oczy niechętnie ją oddał.
Moim zdaniem nawet fajnie wyglądałam, a pewności dodawały mi jeszcze jeansowe rurki.
Zaparkowałam i od razu ruszyłam do szkoły. Spokojnym, wręcz królewskim krokiem przemierzałam korytarze, starając się przypomnieć sobie, co mamy najpierw. Fizyka..?
Nagle przystanęłam.
Najpierw wychowanie fizyczne.
NIE!! UWIELBIAM TO!!
Całkowicie nie-królewsko pobiegłam do szafki, żeby zdobyć strój. Lekcja trwała około dwóch godzin, co dla większości dziewczyn było klątwą. Na szczęście pan Lenny dawał im kartę ulgową. Wystarczyło tylko zacząć przebąkiwać o okresie, a już można było siedzieć cały czas na ławeczce, a wręcz sobie iść. Pana Lenny'ego nie dziwiło nawet, że niektóre dziewczyny wieczne.miesiączkują. Ktoś tu na biologii nie uważał. Albo po prostu miał to gdzieś.
Natomiast chłopcy nawet nie mogli zgłaszać niedyspozycji. Dopiero, jeśli ktoś wyrzygał się pod nogi nauczycielowi (był taki przypadek! Johnny był na kacu), zaczął rozważać wysłanie go do pielęgniarki.
Niemniej jednak wszyscyśmy go uwielbiali. Nie był jakoś specjalnie przystojny. Niski, ledwo metr siedemdziesiąt, barczysty jak zawodnik rugby. Śmiesznie wyglądał, ze swoimi krótkimi, umięśnionymi nogami. Potrafił biegać naprawdę szybko, co zawsze nas dziwiło. Jeśli graliśmy w rugby, kapitanowie grali w papier-kamień-nożyce, kto będzie miał Lenny'ego w drużynie. Wtedy oczywiście wzrastało prawdopodobieństwo wygranej. Do 99,9%.
Sędzia nie był potrzebny, nikt nie ośmielił się grać nieczysto na lekcji wychowania fizycznego. Bo F* murowane.
- PRZEPRASZAM ZA SPÓŹNIENIE! - wrzasnęłam z całego serca, gdy w króciutkich szortach i białej koszuli taty wbiegłam na zielone boisko. - JA NIE CHCIAŁAM!
- CHODŹ SIĘ WYTŁUMACZYĆ! - odwrzasnął nauczyciel z drugiego końca. - NAJLEPIEJ SPRINTEM I OBIEGNIJ NA OKOŁO BOISKO!
Zrezygnowana spełniłam polecenie i postarałam się przebiec te trzysta metrów jak najszybciej. Zdyszana jak pies (prawie język wywaliłam!) pojawiłam się przy wkurzonym nauczycielu.
- Czemu się spóźniłaś? - zapytał tonem wojskowego, którym nigdy nie był.
- J-ja odpro... wadzałam przy-jaciela - głęboki oddech. - na lotnisko. W... Mont... gomery.
Spojrzał na mnie uważnie jasnoniebieskimi oczami albinosa, które dziwnie wyglądały przy jego ciemnej karnacji i czarnych włosach.
- Płakałaś - to było raczej stwierdzenie faktu, a nie pytanie.
- Ja... nie, nie płakałam! - zapierałam się nogami i rękami. - Ja nie płaczę!
- No okej... - Spojrzał mi w oczy. - Czyli masz kaca. Bo jak wytłumaczyć przekrwione białka..?
Zacisnęłam usta, woląc być osądzona o pijaństwo (słusznie zresztą) niż płacz. Stephanie Julie Fox-Lisowsky nie płacze. Nigdy. Przynajmniej nie przy ludziach.
Nauczyciel westchnął i wysłał mnie na trybuny. Ruszyłam w jej stronę z wysoko podniesionym podbródkiem. Pamiętaj. Jesteś już w szkole. Tutaj bardzo szybko dostrzega się słabości. I bardzo szybko jest to wykorzystywane przeciw tobie.
- Jaki jest Calum? - zapytała od razu Caro, którą zauważyłam dopiero, gdy się odezwała.
- Gorący. - Uśmiechnęłam się tajemniczo.
- Na imprezie u Deppa siedziałaś sama, a on zmył się z twoją siostrą.
- No wiem. I co?
- Ale przecież...
- Nie jesteśmy razem. - Wzruszyłam ramionami. - To tylko seks.
Caro przysunęła się bliżej mnie, tak, że stykałyśmy się ramionami kolanami. Czy mi się zdawało, czy przyśpieszył jej oddech?
- Steph, muszę ci coś wyznać... - zaczęła niepewnie. - Strasznie... bardzo mi się podobasz od kiedy się pojawiłaś i bardzobymchciałacięprzeleciećbotylkogdycięwidzęjużjestemmokranotoczybyśsięzgodziłaproszęproszęproszę?
Moje oczy miały wielkość pokrywek od słoików, a przynajmniej tak zakładałam, ponieważ naprawdę mnie zaskoczyła.
- Właściwie... - zaczęłam, a oczy Caroline się zaświeciły. - ...zawsze chciałam spróbować. Teraz? - spytałam lekko.
Uśmiechnęła się szeroko.

***

Po lekcjach leniwym krokiem udałam się w stronę gabinetu Liama. Szczerze mówiąc po porannym numerku na w-fie nie czułam potrzeby. Rozglądałam się po korytarzu, pierwszy raz dostrzegając różne puchary i dyplomy, głównie z przedmiotów ścisłych.
Dobiło mnie Katherine Fox.
Zdecydowanie pchnęłam drzwi od klasy do angielskiego. Liam siedział na brzegu pierwszej ławki, tłumacząc coś... Harry'emu. Zamrugałam, ale małpia czupryna wciąż tam był. Notował coś pośpiesznie w wyświechtanym zeszycie, seksownie przygryzając dolną wargę. W brzuch coś zaczęło mi świrować.
Stałam chwilę w drzwiach, niemal zahipnotyzowana widokiem skupionego Harry'ego. Zmarczone brwi i ta warga działały na mnie jak jakiś pierdolony fetysz. Liam w końcu zauważył moją seksowną sylwetkę w drzwiach, po czym gestem kazał mi zająć miejsce za chłopakiem. Spełniłam nieme polecenie niechętnie, wyczuwając, że długo będę czekać - a tego nie chciałam. Naprawdę wolałabym sobie iść, bo czułam się po prostu niezręcznie, ale sumienie kazało mi zostać.
W ponurym humorze czekałam, aż konsultacje się w końcu skończą. Miałam wrażenie, że profesor specjalnie się nie śpieszy, wręcz przedłuża. Wskazówki pędziły w tempie żółwia stojącego w korku.
Dla zabicia czasu przeglądałam wiadomości z czasów, gdy umieściłam swój numer na... pewnym serwisie. Pisanie z wieloma osobami sprawiało mi przyjemność.
W końcu w końcu Styles wstał i podziękował za pomoc. Obserwowałam w milczeniu, jak wychodzi, cicho zamykając za sobą drzwi.
- Cóż za seksowne wdzianko... Stephanie.
Poderwałam się gwałtownie z krzesła, prawie je przewracając.
- Nie mydl mi tu oczu - oznajmiłam sucho. - Przyszłam tutaj tylko zakończyć nasz... naszą znajomość.
Przestał się uśmiechać.
- Właściwie chciałem poruszyć ten temat.
- Doprawdy? - rzuciłam z sarkazmem. - Coś nie bardzo mogę w to uwierzyć. Zresztą nieważne. To koniec. Nie mam zamiaru miec sumieniu twojego związku.
- C-co, jaki...
- Widziałam cię kilka dni temu z dziewczyną. I serio, straciłam na ciebie jakąkolwiek ochotę. Więc nie licz już na nic.
Otrzepałam spodnie i dziarsko ruszyłam w stronę drzwi. Nie wiem, po co czekałam, w sumie mogłabym to powiedzieć przy Harry'm. Ale jeśli... co on by sobie pomyślał?!
- Chyba cię popieprzyło! - To proste zdanie sprawiło, że przystanęłam.
- Popieprzyło mnie, ponieważ..? - Uniosłam brwi.
- Co ty sobie myślisz, jak ty zdasz beze mnie?!
To mnie rozwścieczyło. Przed oczami zrobiło mi się czerwono przed oczami.
- Jakoś kurwa zdam! I nie twój pierdolony interes! - wrzasnęłam i wybiegłam z klasy.

¤¤¤
*chyba każdy wie, że to amerykańska 1 c: o ile nie popieprzyłam

Rozdział jedenasty.

Chowając do kieszeni obcisłych jeansów przysięgałam sobie, że nie dam się porwać pożądaniu. Najwyżej oral, stara, wyników wciąż nie ma ta mądrzejsza część mi pomachała mi palcem przed oczami. Jak będzie negatywny, to sobie poszalejemy. Kto wie, co będzie za pół roku... Może zmienię zdanie i wstąpię do zakonu? Nie, haha, to by było już mega dziwne. Za bardzo lubię swoje życie, takie, jakim jest. Nie mogłabym go poświęcić dla innych. Podziwiam zakonnice i księży i w ogóle szacun. Ale takie coś nie dla mnie.
Mój imprezowy strój składał się z ciemnych jeansowych rurek i czerwonej bluzki zawiązanej nad płaskim brzuchem w supeł. Dzięki temu widać było czarny stanik. Właściwie to nawet nie był dekolt. Poprawiłam czarną koronkę, która uwierała mnie w biust, a potem podskoczyłam, żeby wszystko jakoś się ułożyło. Poprawiłam koszulę - wcześniej wystające żebra były od razu widoczne. Zastanawiałam się, jakim cudem byłam chuda, skoro tyle wpierdalałam słodyczy chociażby? Zaświtało mi wspomnienie Ellie dającej nam tabletki na odchudzanie. We trójkę nieźle schudłyśmy, nawet za bardzo. Od tego czasu miałam wrażenie, że dziewczyny coś przede mną ukrywają, chichrają się po kątach. A może to tylko paranoja? Jestem przewrażliwiona, jak każdy dyktator. Denerwowało mnie też, że ciuchy dobre miesiąc temu wisiały na mnie jak na wieszaku. Nosz kurwa, co ona mi dała?
Łyknęłam tabletkę przed na wszelki wypadek i czym prędzej wyszłam z domu. Strzeżonego Pan Bóg strzeże, czy przezorny ubezpieczony. Chuj wie. Nie wymawiaj na daremno, haha.
- No wreszcie - jęknąła siostra. - Coś ty tam robiła?
- Podziwiałam swe odbicie - odparłam, zeskakując lekko z ostatniego schodka, po czym dołączyłam do towarzystwa i nawinęłam kosmyk włosów na palec.
- No to wiemy, czemu tyle czasu czekaliśmy. - Calum objął nas obie w pasie i przycisnął do boków. - Zrobimy wejście smoka. Mam dwie zajebiste dziewczyny przy sobie, wszyscy będą mi zazdrościć. - Uśmiechnął się błogo do siebie.
Aby złapała moje spojrzenie i przewróciła oczami. Zaraz jednak przykleiła się do chłopaka, bo powiał chłodniejszy wiatr, a ona ubrała króciutkie shorty i bluzkę bez ramiączek. Oj, siostra, chciałaś być piękna, to cierp. Tylko nie wywal się na tych szczudłach.
Zdałam sobie sprawę, że ostatnie zdanie powiedziałam na głos, gdy Hood parsknął śmiechem, a Aby spiorunowała mnie wzrokiem.
- No co? Ja przynajmniej umiem chodzić w każdym obuwiu od drugiej klasy podstawówki - chełpiłam się. - Zwłaszcza koturny i szpilki... niemal się z nimi zrastam.
- Nie widzę związku - parsknęła Aby. - Dam sobie radę, nie matkuj mi.
Calum parsknął śmiechem, za co oberwał w tył głowy z otwartej dłoni.
- Za co?! - zawołał płaczliwie. - Steph, minuta śmiech to dodatkowy dzień życia, daj się nacieszyć człowiekowi! - Minęliśmy ostatni dom na ulicy i wyszliśmy na park. Jeszcze jakieś pół godzinki.
- Twoja wątroba wysiądzie koło trzydziestki, aaale się nacieszysz - rzuciłam z sarkazmem. - Bo co to za życie bez picia..?
Machnął tylko ręką. Dalej szliśmy w milczeniu, podekscytowani. Imprezę organizował Johnny, tak wypadało według kolejki. Ja nigdy nie zapraszałam obcych ludzi do siebie, a nawet tych poznanych bliżej niechętnie wpuszczałam. Fory mieli tylko Calum z Harry'm, nie mam pojęcia co na tej liście robi ten drugi. Bez oporu pokazałabym mu mój prywatny bunkier, oprowadziła po domu, ujawniając przy okazji wszystkie zakamarki. Kurwa, co się ze mną dzieje?! Nie chcę tego, czy ktoś to słyszy?!
Żeby odwrócić uwagę od niewygodnych myśli zaczęłam rozbierać na części pierwsze Hear Me Imagine Dragons w głowie.
Can nobody hear me..?

***

Noc zawsze była moim żywiołem, nawet jeszcze zanim zaczęłam nałogowo imprezować.
Chociażby dla przykładu: byłam dobrą uczennicą. Ale to tylko dlatego, że zasuwałam do trzeciej rano. Ślęczałam nad tymi pierdolonymi książkami, starając się zapamiętać wzory, regułki, informacje. Kiedy inni mieli talent, przychodziło im to z łatwością, ja kułam jak typowy kujon.
Najlepsze jest to, że nic z tego już nie pamiętam, ANI nie przyda mi się w życiu.
Szkoła nauczyła mnie, że każdy, kto głośno krzyczy, radzi sobie lepiej niż szare myszki. Każdy, kto upchnie kompleksy w najgłębszych zakamarkach zepsutej duszy, kto przyodzieje maskę pewnej siebie osoby, leci w górę po szczeblach drabiny społecznej. Szkoła zawsze pokazuje, jak funkcjonuje państwo. Więc skoro tutaj sobie radzę, czemu nie mogłabym zostać szefową czy menagerką?
A, miałam być barmanką.
To otworzę własną knajpę.
- O ja pierdolę... - wyszeptała cichutko Aby. Calum gwizdnął przeciągle i stanęli tak we dwójkę z uchylonymi ustami. Przyglądałam się im chwilę, po czym wyciągnęłam z kieszonki telefon i otworzyłam Instagrama
Niestety brunet ruszył się w tym samym czasie, kiedy ja pstryknęłam im zdjęcie. Wyszedł więc trochę rozmazany, Aby natomiast została ukazana najostrzej jak można. Szkoda, że nie zrobiłam z przodu, tak to widać było tylko umalowane usta i kawałek wnętrza policzka (o ile mogę tak powiedzieć). Na drugim planie był oczywiście rozmazany Hood.
- Zepsułeś mi zdjęcie, idioto!
- Co "idioto", co "idioto"?! Nie przezywaj mnie! - obruszył się. O, majestat został obrażony.
- To - mruknęłam niewyraźnie pod nosem, myślą intensywnie nad krótkim, a trafnym opisem.
#instagirl #instaboy #instasmile #my #sister #is #so #suprised #because #the #party #made #by #johnny #please #close #your #mouth #calum #your #smile #is #so #pretty !
Tak, jestem jedną z tych dziewczyn, które przed wszystkim dają hashtagi... a przynajmniej na Instagramie. Hmm...
Oczywiście ich nie oznaczyłam, haha. Po prostu dodałam też na Facebooka. Ciekawe, ile będzie lajków...
Czasami jestem naprawdę pustym plastikiem.

***

Nie wypiłam jakoś specjalnie dużo. Calum z Aby oczywiście zniknęli, a ja doskonale wiedziałam gdzie i dlaczego. Nie miałam nawet ochoty się napić, w kółko myślałam o tym, jakby jej zajebiste oczy (takie same jak Harry'ego...) podkreślić. Tusz do rzęs. N pewno, tylko może niezbyt wiele. Kredką na górnej powiece... ciemnozielona. O, tusz też ciemnozielony! A cień do powiek... zobaczymy, czy ma coś srebrnego, bo ładnie by wyglądała.
I oczywiście szminka, ale to już wszystko jedno.
Tak więc lekko znudzona uciekłam z imprezy. Najwyżej wrócą sami.

***

Tak jak obiecałam, w niedzielę udałam się do pani... Anne.
Spakowałam się koło pierwszej, gdy wróciłam. Położyłam się jakieś pół godziny później, dzięki czemu położyłam się o normalnej dla większej części ludzkości porze. Chyba byłam trochę zmęczona.
Kobieta otworzyła przede mną drzwi ubrana tylko w szlafrok. Jej włosy to była jakaś masakra, jak tylko na to popatrzyłam, zaczęłam się śmiać. Na szczęście nie wzięła tego siebie.
- Tak wcześnie? - zapytała z uśmiechem, wpuszczając mnie do środka.
Z ulgą zdjęłam szpilki, przeklinając te cholerne obcasy w duchu. Oczywiście, sprawiały, że nogi optycznie wydawały się dłuższe, dodawały mi kilka cali, ale wolałam koturny. Właściwie to czemu ich dziś nie ubrałam?
No tak, są u szewca w naprawie.
- Już południe - powiedziałam. - Musimy zacząć wcześnie, bo planuję ci zrobić jeszcze kurację upiększającą - w duchu zreflektowałam się nagle. - której nie potrzebujesz, ale uwielbiam ją robić!
Anne skwitowała moje zachowanie godne małej dziewczynki parsknęciem.
Ostatecznie zdecydowałam zrobić kobiecie moją specjalną maseczkę na gładszą skórę. Teraz siedziała w tym samym szlafroku, co rano, z białą twarzą i ręcznikiem na włosach. Te także planowałam jej ułożyć.
Były po prostu śliczne. Gęste, ciemne jak gorzka czekolada, ze złotymi przebłyskami. Nie wątpiłam, że farbowane, ale mama Harry'ego dobrze wybrała. Rozmyślałam, jak je ułożyć a może by zrobić koronę z warkoczy?  gdy zapytała:
- Czy Harry ci się podoba?
Niemal się udusiłam własną śliną.
- C-co? - wyksztusiłam. - Ja nic o tym nie wiem!
- Cóż, on ciągle o tobie mówi... czy mogłabyś-
- Nie ja nic nie wiem nie rozumiem w ogóle o co chodzi mogłabym! - z irracjonalnego strachu podniosłam się z wanny.
Anne zamachała rękami.
- Stop! Gdzie idziesz, takie pogaduszki są potrzebne. Zwłaszcza tobie. - Popatrzyła na mnie zielonymi oczami. Opadłam z powrotem na krawędź, wzdychając ciężko. Przyszło mi do głowy, że kobieta wygląda jak duch, w tym swoim białym szlafroku i z maseczką na twarzy. Oczy wydawały się większe przez okrągłe obszary wokół nich, bo nie miałyśmy ogórków.
- Mi nic nie potrzeba... - zaprotestowałam słabo, a Anne tylko uśmiechnęła się pod nosem.
- Niemal się przewróciłaś, gdy mój syn zszedł na dół.
- Nieprawda!
- Poza tym lubię słuchać, jak on o tobie opowiada. Ładnie się o ciebie martwi. Jak o siostrę, jak sam mówi.
To mnie... jakby to ująć... poczułam się jsk przekłuty balon. Siostrę. Sióstr się nie pieprzy. Ani braci. Kazirodztwo. Biologia się buntuje.
Anne nie zauważyła mojego braku entuzjazmu. Paplała dalej.
- Opowiadał mi, ile się o tobie dowiedział. I że jego zdaniem powinnaś wrócić na, hmm, właściwą ścieżkę...
- Wiesz co? - zapytałam, uśmiechając się wymuszenie. - Zmywajmy już tą maseczkę, bo chcę ci wybrać strój i zrobić ten makijaż. Chciałabym już wyjechać.

Rozdział dziesiąty.

- Ej no weź, to się robi chamskie! - jęknął Calum i pociągnął mocno grzywkę, niszcząc starannie zrobioną fryzurę (musiałam go wyciągać z łazienki siłą!). - Oszukujesz!
- W chinczyka nie da się oszukiwać, słoneczko.
- Tobie we wszystkim udaje się oszukiwać...
- No wiesz?!
Uniósł wzrok znad planszy.
- Co wiem? - Uśmiechnął się.
Siedzieliśmy sobie pod jednym z rozłożystych drzew. Urządziłam piknik z prawdziwego zdarzenia. Calum wczoraj gadał jakieś głupoty, żeby zająć moje myśli i pamiętałam, że wspomniał coś, że chciałby poczuć na własnej skórze, jak to jest. Wstałam więc kiedy jeszcze spał (i reszta domu też) o nieludzkiej porze - czwartej rano. Czuć moje poświęcenie, co nie? Zrobiłam kanapki z przyniesioną Nutellą, masłem orzechowym i dżemem brzoskwiniowym. Potem wpadło mi do głowy, że warto by zrobić coś nie na słodko, bo się porzygamy. Wcisnęłam więc do koszyka słoik pamiętnych ogórków i paluszki. W sumie nie było to takie lekkie - sama CocaCola z wodą nieźle ważyły. Koc za to zajmował naprawdę dużo miejsca, ledwo wszystko upchnęłam.
Teraz siedzieliśmy i rozkoszowaliśmy się optymalną temperaturą na pograniczu sześćdziesięciu - siedemdziesięciu stopni (przyp.aut. na Celcjusze to tak osiemnaście). Słońce jeszcze było na etapie popołudniowym, jednak zaczynało się zbliżać do widnokręgu. Niebo za moimi plecami powoli matowiało, ciemniało. Szkoda, że przez światła miast w nocy tak naprawdę nie widać gwiazd, naszych towarzyszek.
- Podobał ci się piknik? - zapytałam, mrużąc oczy za okularami słonecznymi. Dawało po oczach, a i owszem. - Mam nadzieję, bo serio się starałam. - Zerknęłam na rozłożoną na kocu chudą postać. Leżał na brzuchu, twarzą do słońca jak ja. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że chociaż Calum uwielbiał szaleć po nocach, jego ulubioną porą było popołudnie. Niemal wchłaniał energię słoneczną, jak baterie słoneczne. Potem mógł balować i do rana, prawie bez śladu zmęczenia.
- Bardzo. - Wyszczerzył się. - Żarcie jest, chłodne piciu jest, piękna dziewczyna jest. Idealny pierwszy raz.
Nie przestał się śmiać nawet, gdy trzepnęłam go z otwartej dłoni w potylicę. Przeciwnie, dostał takiego ataku śmiechu, że nie mogłam się nie dołączyć.
- Zbok...
- Powiedziała ta niewinna.
- Ugh!
- No co, może to prawda?
- Ciii...
- Co mnie uciszasz?!
- Bo tak. Cicho.
Zmrużyłam oczy. Czy na horyzoncie pojawił się pan Payne czy mam zwidy? Wyglądał niesamowicie seksownie w czarnych rurkach, białym podkoszulku i jeansowym bezrękawniku z postrzępionymi szczątkami rękawów. Dzięki nim widać było doskonałe mięśnie, opalone oczywiście. Nie golił się, bujny zarost jakoś mi nie pasował.
Najlepsze było, że trzymał jakąś laskę za rękę.
- Patrz, jaka dupa - szepnął w moją stronę Calum. - Brałbym aż miło.
- Za takie tekst dostałbyś z liścia - odparłam nieprzytomnie, obgryzając paznokcie i obserwując mojego profesora. - Ale niezła, faktycznie.
Burza brązowych sprężynek iskrzyła się w słońcu, gdy dziewczyna śmiała się z żartów Liama. Odchylała wtedy głowę do tyłu, rozsiewając wszędzie swój śnieżnobiały uśmiech. Szczęście. Chyba się w nim bujała, jej oczy były szeroko otwarte i rozmarzone jak dziewczyn z mojej klasy na lekcji angielskiego.
- Nie martw się, jesteś bardziej seksowna. - Calum chyba źle zinterpretował moje nerwowe zamyślenie.
- Co? Nie... to po prostu pan Payne.
Chłopak się zaksztusił.
- Pan Payne? Kurwa, ten twój?
Skinęłam głową.
- Ten mój. Ale chyba już nie mój. 

***

Wróciliśmy jakoś po piątej do domu, z zamiarem szykowania się do imprezy. Sobota to dzień największych 'balów'. W niedzielę planowaliśmy leczyć kaca do południa, potem pakowanko i koło ósmej wyjedziemy, nabuzowani RedBullem. Żeby nie zasnąć. Chociaż do Montgomery nie jest tak daleko, koło dwieście mil. Teoretycznie dałoby się dojechać w maksymalnie trzy godziny, zwłaszcza, że będziemy na autostradzie międzystanowej.
- Przesiadam się dwa razy - tłumaczył mi powoli Calum, a ja naprawdę starałam się zapamiętać. - Nie ma bezpośredniego połączenia Mongomery - Sydney, więc lecę najpierw do Dallas, stamtąd do Los Angeles i dopiero do Australii.
- Ile będziesz leciał?
- Liczyć przesiadki? - Skinęłam głową. - Około dwudziestu siedmiu godzin.
- O kurwa... - wyrwało mi się. - Wyrysuj mi to.
Przewrócił oczami, ale przyjął notatnik i zaczął pisać.
- Z Motgomery do Dallas - godzina i pięćdziesiąt pięć minut przy dobrych wiatrach. - Narysował cienką strzałkę pomiędzy kwadratami. - Przesiadka zajmie dwie godziny bez dwudziestu minut i lecimy do Kalifornii. - Kolejna strzałka przez pół kartki. - Na samolot do domu będę czekał pięć i pół godziny. A potem całonocny lot do domciu, piętnaście godzin i pięć minut.
Wstałam z łóżka i stanęłam przy oknie. Pani Styles klęczała przy ścieżce, grzebiąc gumowymi rękawicami w ziemi. Chyba sadziła jakieś kwiatki. Chciałabym jej powiedzieć, że niepotrzebnie się wysila, bo znów będzie okres tornad.
- Ile zapłaciłeś? - zapytałam.
Harry wraz z jakąś blondynką pojawił się w drzwiach. Oboje podeszli do kobiety. Chyba pytali, czy chce, żeby jej pomóc. Ta tylko się zaśmiała i machnęła ręką. Uderzył mnie fakt, że to zachowanie jest wyjątkiem. Nasze pokolenie powoli zapominało o posiadaniu rodziców.
- Koło tysiąca. Chyba. A co?
Ja przynajmniej mam powód do nienawidzenia taty pomyślałam. Mieszkam z nim tylko dlatego, że jestem nieletnia.
- Odwiedzę cię na dłużej jak tylko skończę szkołę. - Uśmiechnęłam się do szyby. - Jakby to powiedzieć... mam wrażenie, że tylko ty jesteś moim przyjacielem.
- No cóż, twój wybór.
Wzruszyłam ramionani.
- Nie zależy mi aż tak bardzo na Caro czy Ellie... potrzebuję towarzystwa na teraz, żeby się nie nudzić. Skończę tylko rok szkolny i znikam.
Westchnął pod nosem ale nic nie powiedział.
Nagle w pokoju rozległo się pukanie. Zdziwiona komu chce się mi teraz zawrać dupę wstałam i otworzyłam drzwi.
Aby z wielka blachą wparowała do mojego pokoju. Zdążyła wygodnie usadowić się na moim łóżku obok Caluma, który już przyjął pozę drapieżcy. Hej hej hej, łapy precz, znajdź sobie na imprezie jakąś laskę!
- Co? - zapytałam niezbyt uprzejmie.
- Trochę grzeczniej, dobra? - Uniosła brew. - Tutaj jest ciasto czekoladowe. Mamy pochodzić po dzielnicy i pozapraszać ludzi na jutro. Tu masz swoją działkę... - Zaczęła coś grzebać.
- Zaraz zaraz, nie tak szybko! - Zamachałam rękami. - Po co mam coś kurwa rozdawać niby?
Westchnęła.
- Matka - Niemal wypluła te słowo. - robi "przyjęcie z grillem". Proszę, pomóż mi to rozdać, muszę jeszcze coś ważnego zrobić, Stephie proszę...
- Dobrze... - Skrzywiłam się. - Ale wysisz mi przysługę. I daj mi mało, szykujemy się z Cal'em na imprezę.
- Idziecie?! - Poderwała się z łóżka. - Mogę się wami zabrać? Nie wytrzymam tutaj dłużej, ci dwoje gadają tylko o tym, że dziecko to, dziecko tamto - fuknęła. - Na trzeźwo tego nie zniosę.
Nie mogłam się nie zgodzić, biorąc pod uwagę jej argumentację. Przygotowałyśmy sobie ciuchy, robiąc mały pokaz mody przed Calumem, który albo gwizdał albo buczał. Potem zrobiłyśmy sobie makijaż i fryzury, co wyglądało dziwnie ze zwykłymi dresami i kolorowymi bokserkami. Kilku sąsiadów podziękowało za ciasto czekoladowe i obiecało zastanowić się nad przyjściem. Zatrzymawszy się przy ulicy, zerknęłam na ostatnie zaproszenie. Styles.
No super, jeszcze będzie, że go nachodzę pod byle pretekstem.
A zresztą, walić to. Przynajmniej go zobaczę.
O kurwa, co ja właśnie pomyślałam?!
Potrząsnęłam głową i ruszyłam do ostatniego domu.
- Dzień dobry, nazywam się Stephanie Fox-Lisowsky i chciałabym zaprosić panią wraz z rodziną...
- Słoneczko, a mogłabyś wolniej? - Pani Styles zaśmiała się z mojej zdziwionej miny. - I co trzymasz w ręce? Ojej, to ciasto? - Autentycznie się ucieszyła. - Chodź, podam herbatę a ty powiesz, czemu przyszłaś, dobrze? - Posłał mi ciepły uśmiech. Pomyślałam o mamie i automatycznie się rozluźniłam.
- W porządku. - Uśmiechnęłam się.
Oczywiście nie skończyło się tylko na herbacie. Dowiedziałam się, że rodzina pochodzi z Anglii, ale od kilku lat mieszkają w USA. Wcześniej byli w Kalifornii, zdecydowali jednak przeprowadzić się do mojej Alabamy, bo tutaj jest ciszej. Kobieta zdziwiła się, gdy powiedziałam, że tutaj są dwa sezony tornad i jeden właśnie się zaczął.
- To niepotrzebnie sadziłam moje kwiaty. - Była autentycznie załamana.
- Może nas ominie, jak ostatnio. Proszę być dobrej myśli, pani Styles.
- Ah - żachnęła się. - Mów mi Annie. A nazwisko niedługo zmieniam na Twist, mój chłopak mi się oświadczył. - Jej oczy, tak podobne do tych szarozielonych Harry'ego, zamigotały wesoło. - Mój były mąż zażyczył sobie po prostu, żeby Gem i Harry nosili jego nazwisko. A tak w ogóle, Steph, sama sobie zrobiłaś ten makijaż?
Zaskoczyła mnie tym pytaniem. Zbita z tropu pokiwałam głową.
- Niesamowite! - Zachwyciła się, a ja spojrzałam na nią jak na wariatkę. - Niesamowicie profesjonalnie wykonany! Może wpadłabyś jutro przed tą imprezą Emmy - Mrugnęła do mnie. - i mnie umalowała? Makijaż to niestety nie jest moja mocna strona...
- Czemu nie - odparłam, połechatana komplementem i rozbawiona wypowiedzią Anne. - Z przyjemnością. Tylko mogę być trochę nieprzyjemna, bo będę na kacu.
- Nie szkodzi, rzadko czymś się przejmuję.
- Dobrze. Jak już muszę iść, przyjaciele na mnie czekają. - Wstałam od stołu, odkładając śliczną porcelanową filiżankę na spodeczek. - Widzimy się jutro?
- Oczywiście...
- Mamo? - Rozległ się głos z chrypką. - Z kim rozmawiasz?
- Z sąsiadką! - odkrzyknęła Anne i puścila do mnie oko. Odniosłam wrażenie, że jest kobietą z wiecznie dobrym humorem. Takich ludzi jest niestety coraz mniej, a szkoda. - Zejdź i się przywitaj!
Zaczęłam się cofać w stronę wyjścia. Mimo postawy "phi, mi to wisi i powiewa" wolałam uniknąć spotkania z chłopakiem.
- Właściwie to ja i Harry się znamy... - zaczęłam niepewnie, czując, że kolana mi drżą, oddech przyśpiesza wraz z biciem serca, jakby się ścigały.
Zmroziło mnie, gdy małpia czupryna pojawił się w przedpokoju w samych dresach. Myślałam, że zemdleję. Bo kto by mie zemdlał, ta klata była po prostu idealna. Kto by się spodziewał. Na szczęście po ledwie sekundzie włączył się tryb łowczyni i się ogarnęłam.
- Cześć - rzuciłam bezstrosko, patrząc, jak on się rumieni pod moim spojrzeniem. - Miło cię znowu widzieć, tym razem nie przezywającego mnie od szmat i dziwek. - Odwróciłam się w stronę Annie. - To widzimy się jutro.
- Jutro - potwierdziła i spojrzała na Harry'ego. Coś czułam, że nie bardzo spodobała jej się moja wypowiedź.
Popędziłam do domu niemal w podskokach.