sobota, 14 maja 2016

Rozdział dziesiąty.

- Ej no weź, to się robi chamskie! - jęknął Calum i pociągnął mocno grzywkę, niszcząc starannie zrobioną fryzurę (musiałam go wyciągać z łazienki siłą!). - Oszukujesz!
- W chinczyka nie da się oszukiwać, słoneczko.
- Tobie we wszystkim udaje się oszukiwać...
- No wiesz?!
Uniósł wzrok znad planszy.
- Co wiem? - Uśmiechnął się.
Siedzieliśmy sobie pod jednym z rozłożystych drzew. Urządziłam piknik z prawdziwego zdarzenia. Calum wczoraj gadał jakieś głupoty, żeby zająć moje myśli i pamiętałam, że wspomniał coś, że chciałby poczuć na własnej skórze, jak to jest. Wstałam więc kiedy jeszcze spał (i reszta domu też) o nieludzkiej porze - czwartej rano. Czuć moje poświęcenie, co nie? Zrobiłam kanapki z przyniesioną Nutellą, masłem orzechowym i dżemem brzoskwiniowym. Potem wpadło mi do głowy, że warto by zrobić coś nie na słodko, bo się porzygamy. Wcisnęłam więc do koszyka słoik pamiętnych ogórków i paluszki. W sumie nie było to takie lekkie - sama CocaCola z wodą nieźle ważyły. Koc za to zajmował naprawdę dużo miejsca, ledwo wszystko upchnęłam.
Teraz siedzieliśmy i rozkoszowaliśmy się optymalną temperaturą na pograniczu sześćdziesięciu - siedemdziesięciu stopni (przyp.aut. na Celcjusze to tak osiemnaście). Słońce jeszcze było na etapie popołudniowym, jednak zaczynało się zbliżać do widnokręgu. Niebo za moimi plecami powoli matowiało, ciemniało. Szkoda, że przez światła miast w nocy tak naprawdę nie widać gwiazd, naszych towarzyszek.
- Podobał ci się piknik? - zapytałam, mrużąc oczy za okularami słonecznymi. Dawało po oczach, a i owszem. - Mam nadzieję, bo serio się starałam. - Zerknęłam na rozłożoną na kocu chudą postać. Leżał na brzuchu, twarzą do słońca jak ja. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że chociaż Calum uwielbiał szaleć po nocach, jego ulubioną porą było popołudnie. Niemal wchłaniał energię słoneczną, jak baterie słoneczne. Potem mógł balować i do rana, prawie bez śladu zmęczenia.
- Bardzo. - Wyszczerzył się. - Żarcie jest, chłodne piciu jest, piękna dziewczyna jest. Idealny pierwszy raz.
Nie przestał się śmiać nawet, gdy trzepnęłam go z otwartej dłoni w potylicę. Przeciwnie, dostał takiego ataku śmiechu, że nie mogłam się nie dołączyć.
- Zbok...
- Powiedziała ta niewinna.
- Ugh!
- No co, może to prawda?
- Ciii...
- Co mnie uciszasz?!
- Bo tak. Cicho.
Zmrużyłam oczy. Czy na horyzoncie pojawił się pan Payne czy mam zwidy? Wyglądał niesamowicie seksownie w czarnych rurkach, białym podkoszulku i jeansowym bezrękawniku z postrzępionymi szczątkami rękawów. Dzięki nim widać było doskonałe mięśnie, opalone oczywiście. Nie golił się, bujny zarost jakoś mi nie pasował.
Najlepsze było, że trzymał jakąś laskę za rękę.
- Patrz, jaka dupa - szepnął w moją stronę Calum. - Brałbym aż miło.
- Za takie tekst dostałbyś z liścia - odparłam nieprzytomnie, obgryzając paznokcie i obserwując mojego profesora. - Ale niezła, faktycznie.
Burza brązowych sprężynek iskrzyła się w słońcu, gdy dziewczyna śmiała się z żartów Liama. Odchylała wtedy głowę do tyłu, rozsiewając wszędzie swój śnieżnobiały uśmiech. Szczęście. Chyba się w nim bujała, jej oczy były szeroko otwarte i rozmarzone jak dziewczyn z mojej klasy na lekcji angielskiego.
- Nie martw się, jesteś bardziej seksowna. - Calum chyba źle zinterpretował moje nerwowe zamyślenie.
- Co? Nie... to po prostu pan Payne.
Chłopak się zaksztusił.
- Pan Payne? Kurwa, ten twój?
Skinęłam głową.
- Ten mój. Ale chyba już nie mój. 

***

Wróciliśmy jakoś po piątej do domu, z zamiarem szykowania się do imprezy. Sobota to dzień największych 'balów'. W niedzielę planowaliśmy leczyć kaca do południa, potem pakowanko i koło ósmej wyjedziemy, nabuzowani RedBullem. Żeby nie zasnąć. Chociaż do Montgomery nie jest tak daleko, koło dwieście mil. Teoretycznie dałoby się dojechać w maksymalnie trzy godziny, zwłaszcza, że będziemy na autostradzie międzystanowej.
- Przesiadam się dwa razy - tłumaczył mi powoli Calum, a ja naprawdę starałam się zapamiętać. - Nie ma bezpośredniego połączenia Mongomery - Sydney, więc lecę najpierw do Dallas, stamtąd do Los Angeles i dopiero do Australii.
- Ile będziesz leciał?
- Liczyć przesiadki? - Skinęłam głową. - Około dwudziestu siedmiu godzin.
- O kurwa... - wyrwało mi się. - Wyrysuj mi to.
Przewrócił oczami, ale przyjął notatnik i zaczął pisać.
- Z Motgomery do Dallas - godzina i pięćdziesiąt pięć minut przy dobrych wiatrach. - Narysował cienką strzałkę pomiędzy kwadratami. - Przesiadka zajmie dwie godziny bez dwudziestu minut i lecimy do Kalifornii. - Kolejna strzałka przez pół kartki. - Na samolot do domu będę czekał pięć i pół godziny. A potem całonocny lot do domciu, piętnaście godzin i pięć minut.
Wstałam z łóżka i stanęłam przy oknie. Pani Styles klęczała przy ścieżce, grzebiąc gumowymi rękawicami w ziemi. Chyba sadziła jakieś kwiatki. Chciałabym jej powiedzieć, że niepotrzebnie się wysila, bo znów będzie okres tornad.
- Ile zapłaciłeś? - zapytałam.
Harry wraz z jakąś blondynką pojawił się w drzwiach. Oboje podeszli do kobiety. Chyba pytali, czy chce, żeby jej pomóc. Ta tylko się zaśmiała i machnęła ręką. Uderzył mnie fakt, że to zachowanie jest wyjątkiem. Nasze pokolenie powoli zapominało o posiadaniu rodziców.
- Koło tysiąca. Chyba. A co?
Ja przynajmniej mam powód do nienawidzenia taty pomyślałam. Mieszkam z nim tylko dlatego, że jestem nieletnia.
- Odwiedzę cię na dłużej jak tylko skończę szkołę. - Uśmiechnęłam się do szyby. - Jakby to powiedzieć... mam wrażenie, że tylko ty jesteś moim przyjacielem.
- No cóż, twój wybór.
Wzruszyłam ramionani.
- Nie zależy mi aż tak bardzo na Caro czy Ellie... potrzebuję towarzystwa na teraz, żeby się nie nudzić. Skończę tylko rok szkolny i znikam.
Westchnął pod nosem ale nic nie powiedział.
Nagle w pokoju rozległo się pukanie. Zdziwiona komu chce się mi teraz zawrać dupę wstałam i otworzyłam drzwi.
Aby z wielka blachą wparowała do mojego pokoju. Zdążyła wygodnie usadowić się na moim łóżku obok Caluma, który już przyjął pozę drapieżcy. Hej hej hej, łapy precz, znajdź sobie na imprezie jakąś laskę!
- Co? - zapytałam niezbyt uprzejmie.
- Trochę grzeczniej, dobra? - Uniosła brew. - Tutaj jest ciasto czekoladowe. Mamy pochodzić po dzielnicy i pozapraszać ludzi na jutro. Tu masz swoją działkę... - Zaczęła coś grzebać.
- Zaraz zaraz, nie tak szybko! - Zamachałam rękami. - Po co mam coś kurwa rozdawać niby?
Westchnęła.
- Matka - Niemal wypluła te słowo. - robi "przyjęcie z grillem". Proszę, pomóż mi to rozdać, muszę jeszcze coś ważnego zrobić, Stephie proszę...
- Dobrze... - Skrzywiłam się. - Ale wysisz mi przysługę. I daj mi mało, szykujemy się z Cal'em na imprezę.
- Idziecie?! - Poderwała się z łóżka. - Mogę się wami zabrać? Nie wytrzymam tutaj dłużej, ci dwoje gadają tylko o tym, że dziecko to, dziecko tamto - fuknęła. - Na trzeźwo tego nie zniosę.
Nie mogłam się nie zgodzić, biorąc pod uwagę jej argumentację. Przygotowałyśmy sobie ciuchy, robiąc mały pokaz mody przed Calumem, który albo gwizdał albo buczał. Potem zrobiłyśmy sobie makijaż i fryzury, co wyglądało dziwnie ze zwykłymi dresami i kolorowymi bokserkami. Kilku sąsiadów podziękowało za ciasto czekoladowe i obiecało zastanowić się nad przyjściem. Zatrzymawszy się przy ulicy, zerknęłam na ostatnie zaproszenie. Styles.
No super, jeszcze będzie, że go nachodzę pod byle pretekstem.
A zresztą, walić to. Przynajmniej go zobaczę.
O kurwa, co ja właśnie pomyślałam?!
Potrząsnęłam głową i ruszyłam do ostatniego domu.
- Dzień dobry, nazywam się Stephanie Fox-Lisowsky i chciałabym zaprosić panią wraz z rodziną...
- Słoneczko, a mogłabyś wolniej? - Pani Styles zaśmiała się z mojej zdziwionej miny. - I co trzymasz w ręce? Ojej, to ciasto? - Autentycznie się ucieszyła. - Chodź, podam herbatę a ty powiesz, czemu przyszłaś, dobrze? - Posłał mi ciepły uśmiech. Pomyślałam o mamie i automatycznie się rozluźniłam.
- W porządku. - Uśmiechnęłam się.
Oczywiście nie skończyło się tylko na herbacie. Dowiedziałam się, że rodzina pochodzi z Anglii, ale od kilku lat mieszkają w USA. Wcześniej byli w Kalifornii, zdecydowali jednak przeprowadzić się do mojej Alabamy, bo tutaj jest ciszej. Kobieta zdziwiła się, gdy powiedziałam, że tutaj są dwa sezony tornad i jeden właśnie się zaczął.
- To niepotrzebnie sadziłam moje kwiaty. - Była autentycznie załamana.
- Może nas ominie, jak ostatnio. Proszę być dobrej myśli, pani Styles.
- Ah - żachnęła się. - Mów mi Annie. A nazwisko niedługo zmieniam na Twist, mój chłopak mi się oświadczył. - Jej oczy, tak podobne do tych szarozielonych Harry'ego, zamigotały wesoło. - Mój były mąż zażyczył sobie po prostu, żeby Gem i Harry nosili jego nazwisko. A tak w ogóle, Steph, sama sobie zrobiłaś ten makijaż?
Zaskoczyła mnie tym pytaniem. Zbita z tropu pokiwałam głową.
- Niesamowite! - Zachwyciła się, a ja spojrzałam na nią jak na wariatkę. - Niesamowicie profesjonalnie wykonany! Może wpadłabyś jutro przed tą imprezą Emmy - Mrugnęła do mnie. - i mnie umalowała? Makijaż to niestety nie jest moja mocna strona...
- Czemu nie - odparłam, połechatana komplementem i rozbawiona wypowiedzią Anne. - Z przyjemnością. Tylko mogę być trochę nieprzyjemna, bo będę na kacu.
- Nie szkodzi, rzadko czymś się przejmuję.
- Dobrze. Jak już muszę iść, przyjaciele na mnie czekają. - Wstałam od stołu, odkładając śliczną porcelanową filiżankę na spodeczek. - Widzimy się jutro?
- Oczywiście...
- Mamo? - Rozległ się głos z chrypką. - Z kim rozmawiasz?
- Z sąsiadką! - odkrzyknęła Anne i puścila do mnie oko. Odniosłam wrażenie, że jest kobietą z wiecznie dobrym humorem. Takich ludzi jest niestety coraz mniej, a szkoda. - Zejdź i się przywitaj!
Zaczęłam się cofać w stronę wyjścia. Mimo postawy "phi, mi to wisi i powiewa" wolałam uniknąć spotkania z chłopakiem.
- Właściwie to ja i Harry się znamy... - zaczęłam niepewnie, czując, że kolana mi drżą, oddech przyśpiesza wraz z biciem serca, jakby się ścigały.
Zmroziło mnie, gdy małpia czupryna pojawił się w przedpokoju w samych dresach. Myślałam, że zemdleję. Bo kto by mie zemdlał, ta klata była po prostu idealna. Kto by się spodziewał. Na szczęście po ledwie sekundzie włączył się tryb łowczyni i się ogarnęłam.
- Cześć - rzuciłam bezstrosko, patrząc, jak on się rumieni pod moim spojrzeniem. - Miło cię znowu widzieć, tym razem nie przezywającego mnie od szmat i dziwek. - Odwróciłam się w stronę Annie. - To widzimy się jutro.
- Jutro - potwierdziła i spojrzała na Harry'ego. Coś czułam, że nie bardzo spodobała jej się moja wypowiedź.
Popędziłam do domu niemal w podskokach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz