sobota, 14 maja 2016

Epilog.

Nie udało mi się zachować twarzy i nie rozpłakałam się dopiero, gdy przekraczałam próg domu, niestety. Jakoś dobiegłam do domu, nie wiem jakim cudem, łzy zamazywały mi widzenie. Nie zwróciłam uwagi na zdziwione, lekko zniesmaczone twarze moich tymczasowych opiekunów. Z tego, co zdążyłam zauważyć, siedzieli sobie w salonie, z lampką czerwonego wina (ale bym się czegoś napiła) w dłoniach, ewidentnie coś świętując.
Dotarło do mnie, że jedyna przeszkoda w postaci mamy przecież została usunięta i... marzenie Emmy właśnie się spełnia.
Szlochając coraz bardziej rozpaczliwe wpadłam do mojego pokoju. Sięgnęłam po torby i zaczęłam upychać ciuchy. Niestety, musiałam zostawić połowę szafy, co jeszcze bardziej mnie dobiło. Najwyżej zostawię pieniądze Aby, jak gdzieś znajdę mieszkanie, to mi wyśle.
Tylko na nią można liczyć.
Ależ nie! zaświtało mi w głowie. Lou!
Drżącymi dłońmi wybrałam numer i już po chwili usłyszałam jego głos.
- Steph... ty serio dzwonisz? - Z mojej piersi wydarł się szloch. - Steph, co jest? - Lou naprawdę się zaniepokoił. - Co się stało?!
- J-ja - wyksztusiłam. - M-móg-głb-byś c-coś d-dla m-mnie z-zrobić?
- Steph, uspokój się, bo nie rozumiem...
- PRZYJEDŹ ZARAZ DO MNIE BŁAGAM ODWIEŹ MNOE DO MONTGOMERY I ZNIKNĘ Z TWOJEGO ŻYCIA! - wrzasnęłam. - BŁAGAM PRO-oszę... - Opadłam bezsilnie na kolana przed łóżkiem i zaszlochałam. - Proszę, tylko ty mi zostałeś...
Nie dałabym głowy, ale miałam wrażenie, że zasłania dłonią telefon i cicho coś do kogoś mówi. Ja w tym czasie pakowałam wszystko, co tylko mogłam, szukając jednocześnie starej walizki. Gdzie ona jest, powinna tu być, do jasnej cholery?!
- Hej, jesteś tam?
- J-jasne - wymamrotałam. - Cz-czy...
- Przyjadę pod twój dom najszybciej, jak się da - przerwał mi łagodnie. - Tylko powiedz, gdzie... - Nagle osłabła z ulgi ledwo wydukałam adres. - Będę za kwadrans... z kimś. Potem masz mi, nam, wszystko wytłumaczyć. - Rozłączył się bez pożegnania.
Z nową energią zabrałam się za pakowanie.
Dziesięć minut później mój pokój wyglądał jak ofiara wojny. Ogołocony ze wszystkich obrazków, ubrań, drobiazgów sprawiał wrażenie opuszczonego. O dziwo zmieściłam się do dwóch wielkich toreb oraz sfatygowanej walizy wielkości mojego biurka. Zostawiłam te najmniej ulubione ciuchy i te, w których naprawdę rzadko chodziłam. Przebrałam się w stare rurki i koszulę ojca, którą zabrałam mu w lepszych czasach. PRzedrozwodowych. W olbrzymiej torbie podręcznej miałam telefon, słuchawki, kartę, którą przekazał mi pan Parkour a także moje słodycze. I kosmetyki.
Nie trudziłam się zmywaniem makijażu. Miałam gdzieś, że moja twarz przypominała maskę upiora.
Mój telefon nagle się rozdzwonił, a ja natychmiast odebrałam.
- Jesteśmy - usłyszałam krótki komunikat. Natychmiast zerwałam się z łóżka.
- Poczekajcie, zrzucę wszystko przez okno, okej? - zapytałam cicho. - Nie chcę, żeby się skapli, że uciekam.
W słuchawce zapadła cisza.
- Które okno jest twoje?
- To po lewej stronie, jak się patrzysz, pierwsze piętro. - Rozłączyłam się i zaczęłam mocować się z oknem.
Tomlinson jak tylko mnie dojrzał, przeskoczył przez płot zwinnie jak jakiś złodziej. Rozejrzał się nerwowo, po czym cicho spytał:
- Steph, co się stało?
- Opowiem ci w drodze, dorze? - poprosiłam. - Nie musisz łapać, tu są same ciuchy, cenne pamiątki są w nie zawinięte. - Uśmiechnęłam się słabo.

***

Lou wszystko złapał (nadal nie mogłam się nadziwić, jaki jest silny). Kiedy zeskoczyłam z pierwszego piętra, robiło się już ciemno. Nawet nie zauważyłam, że się również ochłodziło. Opatuliłam się kurtką Cala i lekko kuśtykając - trochę krzywo upadłam, ale to nic takiego - podążyłam za chłopakiem. Razem przeskoczyliśmy przez płot. Lou zdążył wszystko zapakować, za co mu cicho podziękowałam. Otworzył mi drzwi z tyłu, a ja posłusznie zajęłam miejsce.
Dopiero po chwili zauważyłam, że koło kierowcy ktoś siedzi.
- Jestem Eleanor - przedstawiła się ciepło brązowowłosa piękność.
- A ja... mówili na mnie Steph... ale teraz chyba wrócę do starego imienia - powiedziałam smutno. - Jestem... jestem Juliet.
A potem sie rozryczałam.

***

Louis spokojnie prowadził samochód, co jakiś czas zerkając do tyłu. Jego dziewczyna zdecydowała siąść koło mnie i mnie pocieszać. Bardzo się z tego ucieszyłam, teraz potrzebowałam pocieszenia. Zamoczyłam jej bluzkę moim makijażem i łzami, ale powiedziała, że nic nie szkodzi.
Na najbliższej stacji samochód się zatrzymał. Musieliśmy zatankować przed dalszą podróżą. Nie zdążyli tego zrobić wcześniej, bo zaskoczyłam ich moim telefonem i chcieli przyjechać jak najszybciej, kochani. Razem poszli zapłacić (El obiecała, że weźmie dla mnie gorącą czekoladę i jakiś łakoć), ja w tym czasie wyciągnęłam telefon i wykręciłam znany na pamięć numer.
- Steph?
- Calum? - zapytałam drżącym głosem. - Możesz się mnie spodziewać w najbliższym czasie, j-jestem w drodze do Montgomery. I złapię najlbiższy samolot. Proszę, będziesz czekał na lotnisku w Sydney?
- Steph, co się dzieje, powiedz mi!
- Obiecujesz?
- Tak! Ale co..?
- Opowiem ci... jak przylecę. I wiesz co? - Teraz już ryczałam na całego. Po raz kolejny tego dnia. - Dziękuję, że jesteś.
Połączenie zostało zerwane przez słaby zasięg. Przypomniało mi się, że mój ukochany motor został w mieście. Napisałam więc krótkiego sms-a do Abigail.

Wyjeżdżam. Na zawsze. Zostawiam ci mój motor. Kluczyki są pod poduszką. Błagam, nie rozbij go i noś kask. Zadzwonię z Sydney.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz