Gdy po raz kolejny
Tomlinson zafundował mi zajebiście druzgocący orgazm, padliśmy zmęczeni
oboje na jego łóżko. Pościel wydawała się tak przyjemnie chłodna...
Idealna dla mojego spoconego od wysiłku ciała.
- Jesteś zajebista. - Zachichotał, po czym obrócił się tyłem do mnie, ewidentnie szykując się do spania.
Coś w tym ruchu mnie ubodło. Leżąc na boku, zastanawiłam się, czemu nie czuję się komfortowo.
I nagle, w obcym łóżku, w obcym pokoju, w obcej dzielnicy, do mnie dotarło.
Jak każda kobieta
potrzebowałam czułości i poczucia bezpieczeństwa. Jakkolwiek ten seks
był niesamowity... zaczęłam pragnąć czegoś stałego. Chłopaka,
narzeczonego, męża. Byle tylko zajebistego w łóżku oraz - Steph, wyrzuć to z siebie! - czułego.
Przed oczami z niewiadomych powodów pojawiła mi się twarz Harry'ego.
Co?! Nie! On jest i tak zajęty...
Zasnęłam, śniąc o krzyżówce małpiej czupryny oraz Louis'ego. To chyba nie jest normalne.
***
Rano obudziłam się sama,
co jeszcze bardziej spotęgowało nagromadzone w czasie nocy poczucie
osamotnienia. Wstałam i szybko ubrałam się w swoje rzeczy ze wczoraj.
Będę musiała przemęczyć się z brudną bielizną, kurwa.
Lou miał mieszkanie.
Bardzo małe mieszkanie, chyba kawalerkę. Sypialni nie miał co prawda w
salonie, ale kuchnię już tak. Gdy pojawiłam się w korytarzu, miał
doskonały widok na moje lekkie zagubienie. Nocowałam już któryś raz,
mimo to nadal potrafiłam się tutaj zgubić.
- Gdzie jest łazienka? - zapytałam, dosiadając się do małego stolika i ignorując jego denerwujący chichot.
- Zaraz za dużym pokojem - odparł i siorbnął kawę. - Idź, a ja zrobię jakieś śniadanie albo co.
Taka nasza mała tradycja. Po dobrym seksie wspólne śniadanko i do domu.
Umyłam zęby szczoteczką
chłopaka, z powątpiewaniem patrząc w lustro na moje brwi. Do dziś
prześladował mnie koszmar z dzieciństwa o zrośniętych brwiach, których
nie mogłam wyrwać. M a s a k r a. Przeczesałam włosy grzebieniem,
doprowadzając je to jako-takiego stanu. Będzie dobrze. Najbardziej
martwiła mnie podarta - właściwie naddarta, lecz nie mam pojęcia, czy
istnieje takie słowo - koszulka. Po bokach puściły szwy... wyglądałam
jak jakieś dziecko buszu, albo co gorsza, osoba błędnie interpretująca
modę. Cholerny brunet.
Cholerny brunet zrobił
smażone jajka oraz fasolkę po bretońsku. Pachniało niesamowicie, zresztą
byłam okropnie głodna (jak po każdym wysiłku fizycznym). Zaraz po dosiadnięciu (?) się, nałożyłam na swój talerz dużą porcję.
- Wow - powiedział Lou z uznaniem. - Wreszcie nie jakaś odchudzająca się laska.
Z pokerową twarzą
kopnęłam go w piszczel, na co jęknął, a ja zaczęłam się głośno śmiać.
Zdecydowanie weekendy z Tomlinsonem miały swoje plusy.
Po skończonym posiłku oboje odłożyliśmy swoje sztućce, ale Lou powstrzymał mnie przed wstaniem gestem ręki.
- Steph, muszę ci coś
powiedzieć. - Gdy spojrzałem na niego niezrozumiałym wzrokiem, westchnął
przeciągle. - I musisz mi pomóc. Doradzić, jak dziewczyna.
- Doobraa... - powiedziałam niepewnie, nie mając pojęcia o co chodzi. - Wal śmiało.
- No bo... eh... chodzi o to, że chyba się zadurzyłem.
Wytrzeszczyłam oczy. Z ust wydarło się cichutkie o kurwa.
- W kim? - zapytałam cicho.
- W takiej... Eleanor się nazywa. Kojarzysz?
- Nazwisko może..? - rzuciłam kpiąco, wracając do normalnego stanu. - Gdzie chodzi, i tak dalej...
- Calder, chodzi do twojej szkoły.
- Nie mam pojęcia.
- No trudno - wzruszył
ramionami. - Jeszcze nie jesteśmy razem, jeszcze - podkreślił ostatnie
słowo. - Ale... jakby nie jestem w stanie... hmm... mieć takiej
przyjemności jak wcześniej, gdy uprawiamy seks. - Lou nie lubił owijać w
bawełnę.
Jego wypowiedź ukuła
trochę moje ego. Nie jestem taka dobra..? Nie chciałam jednak dać tego
po sobie poznać. Przyłożyłam dłoń do miejsca, gdzie u normalnych ludzi
biło serce - w moim przypadko był to granit - i zawołałam
pseudodramatycznym głosem, naśladując różowego donuta (przyp.aut. pączek
z dziurką) z pewnej reklamy:
- Czy... ty ze mną zrywasz?
Parsknął śmiechem.
- Nawet nie byliśmy razem.
- Oj tam, szczegóły.
- W każdym razie, Fox,
jesteś zajebista. - Uśmiechał się pod nosem podczas mówienia tego. - I
mam nadzieję, że znajdziesz faceta, którego nie będziesz zaspokajać
tylko w łóżku, jak mnie.
Zapadła lekko niezręczna cisza, gdy zdałam sobie sprawę, że dostałam, no cóż, kosza. Trudno, mówi się trudno.
Coś mięknę, niedobrze.
- Mam nadzieję, że przynajmniej odwieziesz mnie do domu. - Wymusiłam uśmiech. Lou tylko westchnął z ulgą.
***
Błąkałam się bez celu po parku. Oto straciłam jednego z najlepszych przyjaciół od seksu. Zajebiście.
W dodatku kompletnie nie miałam ochoty pójść do klubu i zapolować na
kogoś. Rozmyślałam o tej Calder, jaka z niej szczęściara. Korzystając z
mojego skromnego doświadczenia, doszłam do wniosku, że Tomlinson jest
wierny jednej dziewczynie, którą pieprzy. (W dodatku dobrze pieprzy.
Bardzo dobrze). Przypomnijmy tylko sytuację z Ellie.
No, ale jedna sytuacja go nie usprawiedliwia. Mógł ją przelecieć kiedy indziej.
Westchnęłam, gdy
dostrzegłam na ławce znajome włosy. To trochę dziwne, że rozpoznaje
ludzi właśnie po włosach, a szczególnie jego. Chociaż... ta czupryna
jest przecież całkiem charakterystyczna.
- Cześć Steph.
- Cześć Harry. - Westchnęłam i przysiadłam się koło niego.
- Coś się stało..? - zapytał zmartwiony.
Tego pytania dawno nikt
mi nie zadał, a przynajmniej takim tonem. Ojcu już dawno przestało
zależeć, przez tą sukę liczy się dla niego tylko reputacja. Aby ma swoje
problemy, nie ma czasu mnie niańczyć, co zresztą byłoby bez sensu,
skoro to ja jestem starsza.
- Dostałam jakby kosza - rzuciłam bez zastanowienia.
- Och... Bardzo ci smutno?
Po usłyszeniu tych słów zaczęłam się głośno śmiać. Para przechodząca koło nas posłała mi wkurzone spojrzenia.
- N-nie - wyksztusiłam, patrząc w jego zdziwione szarozielone oczy. - Po prostu moje ego zostało nieźle podeptane.
- Jakiś facet ci odmówił? - zapytał z cwanym uśmieszkiem. - Chyba jednak nie spałaś ze wszystkimi - dodał zadowolonym tonem.
- Oczywiście, że nie odmówił! - żachnęłam się. - Po prostu... chcesz tego słuchać?
- No. - Wzruszył ramionami. - Chętnie zostanę twoim spowiednikiem. - Puścił mi oczko. - Strasznie się nudzę.
- Haha, dziękuję -
parsknęłam. - Lou się zakochał, więc dla niego to już nie jest
przyjemne. - Skrzywiłam się. - Teraz muszę sobie kogoś znaleźć.
- Ty to masz problemy... Zachowujesz się, jakby seks był najważniejszy.
- Coś ty. - Posłałam mu firmowy uśmiech Foxów. - Najważniejsze są seks, alkohol i imprezy.
- Dostaniesz raka.
- A little party never killed nobody...* - zanuciłam moje życiowe motto.
- Ale rak wątroby owszem.
Udając, że jego pogróżki
mnie przejmują, obserwowałam park. Ptaszki śpiewały, drzewa szumiały,
bachory wrzeszczały, uciekając przed zrozpaczonymi matkami. Ojcowie -
jeśli jacyś dali się wyciągnąć na taki beznadziejny spacer - siedzieli
na ławeczkach, bezczynnie przyglądając się całemu cyrkowi. Najczęściej
dostawali za to niezły opieprz, gdy zdyszana żona wrzeszczała na nich
tak, że nawet bachor zamykał ryj i wchłaniał jak gąbka przekleństwa
(potem w domu będzie awntura pod tytułem: ,,CZEGO TY GO KURWA UCZYSZ ZA
SŁÓW JEŁOPIE JEBANY?!''). Już wiadomo, po kim mają płuca.
Z Harry'm miło się
siedziało. Nie zadawał zbędnych pytań, tylko po to, by zapełnić ciszę.
Nasza ławka stała pod wielkim drzewem, którego nie byłam w stanie
rozponać, nosiło jednak wszelkie poszlaki na pozwalające myśleć, że to
może być orzesznik**. Mimo cienia było bardzo gorąco. Po co w ogóle
wyszłam z domu? A, no tak: tam byli moi wrogowie, w tym jeden
zapłodniony. Wspominałam, iż Aby też nie bardzo się to podoba?
Jednakże ona jest lepiej wychowana, nie będzie okazywać niezadowolenia w taki sposób, w jaki ja to czynię.
Jak to ładnie zabrzmiało.
- Masz ochotę na lody? - zapytał nagle Harry. - Jest strasznie gorąco, umrę, jak nie dostanę chociażby gałki.
- Raczej na loda. - Zachichotałam na widok jego skrzywionej miny. - Co, nie chciałbyś? Podobno jestem wręcz mistrzynią...
- N-nieważne -
wykrztusił chłopak, czerwieniąc się. - To chcesz, czy nie? Bo ja idę. -
Na potwierdzenie swoich słów podniósł się z siedzenia.
- Dobra, ale ty stawiasz.
***
Na lekcji biologii
siedziałam pod ścianą (w ostatniej ławce, ale to chyba oczywiste). Miało
to swoje zalety, jak i wady. Po pierwsze, mogłam opierać się o chłodną
powierzchnię w gorące dni, a zimą moje zgrabne nogi grzał kaloryfer. Do
tego biurko pana Munga znajdowało się w przeciwnym rogu sali, czyli
byłam najdalej od niego. Idealnie.
Natomiast zdecydowanym
minusem było to, że drzwi były naprzeciw ostatnich ławek pod oknem. N i g
d y nie mogłam dojrzeć, kto stoi w drzwiach, choćbym nie wiem jak się
starała. Osoba była widoczna dopiero po wejściu do klasy. Bardzo, bardzo
denerwująca rzecz.
Biolog stał przy
tablicy. Trzymał nawet kredę pomiędzy krótkimi, wysuszonymi palcami.
Jednakże na pewno nie zamierzał nic pisać. Nie miał tego w zwyczaju, tak
samo jak odpytywania.
- Jak wiecie, hormony są
wydzielane dokrewnie przez gruczoły. Jako ostatnia klasa powinniście
znać chociaż cztery hormony. Zwłaszcza, iż takie wiedza była obowiązkowa
już w wieku piętnastu lat...
Oj, on ma chyba rację.
Wyłączyłam się zupełnie
ze słuchania, gdy przez okno dojrzałam wychodzące postacie o budowie
typowo męskiej. Uniosłam się odrobinę, wyciągając głowę. Czyżby to mój
ulubiony pierwszoklasista..?
- Panno Fox-Lisowsky,
mogę wiedzieć, czemu nie siedzi pani na swoim miejscu? - Słowa dotarły
do mnie z opóźnieniem. Bez namysłu usiadłam z powrotem, czerwieniąc się
lekko.
MIĘKNĘ! NIE!
- Mam prawo mieć swoje tajemnice, proszę pana - zaprotestowałam gwałtownie.
- Na mojej lekcji nie masz. Usiądź z łaski swojej prosto.
Jednakże nie miałam
najmniejszej ochoty go słuchać. Wstałam z mojego miejsca i zabrałam
torebkę. Krokiem modelki na wybiegu (ale ja miałam lepsze cycki)
przespacerowałam się pomiędzy ławkami, kierując się w stronę drzwi.
Kiedy do nich dotarłam, otworzyłam je oraz wyszłam z sali. Odwróciłam
się w stronę biologa.
- Już nie jestem na pana lekcji - powiedziałam zadowolona.
- W takim razie idź od razu do dyrektora - oznajmił pan Mung spokojnie, po czym zamknął mi drzwi przed nosem.
***
Pierdolony
pierwszoklasista. Nie miałam pomysłu na nauczkę czy zemstę (niepotrzebne
skreśl). Gotowy plan podsunęła mi Caro, gdy siedziałyśmy w damskim
kiblu na fizyce.
Do dyrektora nie
poszłam. Nie chciałam męczyć moich nóżek. Nie chciałam też, żeby mi się
łydki rozbudowały, wystarczy, że uda są masywniejsze od jazdy na
rowerze.
- ...i wtedy będzie miał
przesranę do końca nauki tutaj! - Zaklaskała dziewczyna. Zagapiłam się
na ścianę, rozwarzając za i przeciw. - Można by też włamać mu się na
Facebooka...
- E tam, oklepane. I
słabe. - Ziewnęłam. - Może jeszcze mu przykleimy podpaskę do szafki, co?
To będzie "cool". - Zrobiłam cudzysłów w powietrzu.
Zapał Horan skutecznie osłabł.
- W takim razie, CO proponujesz? - zapytała jadowicie. - Przekleimy go do krzesła?
Ożywiłam się, gdy śmieszna wizja pojawiła mi się przed oczami. Tak, to z pewnością go ośmieszy...
- Dosypiemy mu do posiłku sodę oczyszczoną.
- Co oczyszczone?
- Sodę, idiotko. Od tego się rzyga.
W jej ładnych oczach błysnęło zrozumienie.
***
Bujałam się kusząco w
takim samym tempie, w jakim dudniły ciężkie basy. W barze nic nie piłam,
zaprawiłam się tylko szklanką whiskey przed wyjściem. Obie moje przyjaciółki już
kogoś znalazły, zostawiając mnie samej sobie. Gdzieś głęboko coś
szeptało, iż nie mam prawdziwych przyjaciół, iż zostanę sama. Ale miałam
to w dupie. Ważne było tu i teraz.
Głośność muzyki -
czy raczej monotonnego nieco dudnienia z niewyczuwalną melodią - była
bardzo duża, jak to na imprezach. Czułam alkohol płynący w moich żyłach
razem z elektryzującym poczuciem bycia atrakcyjną.
Tańczyłam sama, mimo, że paru facetów się do mnie przystawiało. Pijcie dalej i śnijcie.
Rozejrzałam się spod
półprzymkniętych powiek (o ile w stetoskopowym świetle było cokolwiek
widać), starając się namierzyć pewną osobę, którą chciałam zaliczyć.
Dlaczego tylko faceci mogą zaliczyć
kobietę? W naszej szkole, jeśli ktoś się ze mną przespał, raczej nie
chwalił się, że się ze mną przespał. Zyskiwał raczej etykietę zaliczony przez Steph.
Ojej, jestem kurwą i dziwką. Ojej, daję dupy wszystkim. O mój Boże.
Po prostu lubię się... pobawić.
Zayn stał przy barze,
zamawiając jakiegoś drinka. Czarne rurki i biała koszulka. Klasyka, ale
on dobrze wyglądał. I tyłek miał niezły. Oblizałam się, po czym ruszyłam
w jego stronę. Mulat gapił się pustym wzrokiem w shota.
- Co tak patrzysz na to, pij stary - powiedziałam kumpelskim tonem. - Wódka jest dobra na wszystko.
Wzruszył ramionami, ale
przechylił szklaneczkę, która po jednym łyku była już pusta. Odwrócił
się tyłem do baru, opierając się o blat łokciami i plecami. Ewidentnie
kogoś obserwował, więc podążyłam ja zrobiłam to samo.
Ah, Perrie Edwards. Była
w klasie niżej od nas. Nawet ładna blondynka, wolała jednak nie mieszać
się już do mojej świty. Szkoda. Brakowała nam jej ciętego jęzora, który
teraz wykorzystywała w gazetce szkolnej. Nawiasem mówiąc, tańczyła
właśnie z redaktorem, który przytulał ją w bardzo śmiały sposób.
Szczęki Zayna były mocno zaciśnięte.
Wsunęłam rękę do tylnej kieszeni jego spodni.
- Zabawimy się? - wymruczałam mu do ucha, pochyliwszy się uprzednio. - Będzie zazdrosna, zobaczysz.
Odepchnął się od baru,
ciągnąc mnie za rękę w stronę wyjścia. Nie omieszkaliśmy przepchać
dokładnie między redaktorem i blondyną. Zmrużyła oczy, gdy dojrzała mój
uśmieszek pod tytułem: 'on woli mnie!' oraz śniadą dłoń zaciśniętą na
mojej.
Nie chcieliśmy iść do domu, Zayn zaproponował samochod. Deja vu?
***
Mulat był na tyle dobrze
wychowany, że gdy oboje doprowadziliśmy się do jako-takiego stanu
zaproponował mi podwózkę, na co ochoczo się zgodziłam. Gdy stanęliśmy
pod domem, chciałam wyjść, ale położył mi dłoń na kolanie. Pochyliłam
się więc, żeby go pocałować, ale jemu nie oto chodziło. Odepchnął mnie
nieco niedelikatnie.
- Słuchaj... ja... mam... jestem nosicielem HIV - wydukał, rumieniąc się.
W pierwszej chwili nie zajarzyłam. Jak to HIV... o kurwa kurwa kurwa kurwa mać!
- Ja pierdolę - wyszeptałam, zamurowana kompletnie.
- Ale spoko, dzięki prezerwatywie...
- Co dzięki prezerwatywie?! No kurwa co?! Ja pierdolę, ile trwają badania, czy coś?! Ja pierdolę, a jak się zaraziłam...
Moje ciało opanowała obezwladnioniająca panika. Wybiegłam z samochodu, nie słuchając Zayna.
¤¤¤
*Fergie - A Little Party Never Killed Nobody :3
**takie drzewo, co sobie rośnie nie tylko w Alabamie. Ma jadalne orzechy etc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz