sobota, 14 maja 2016

Rozdział dwunasty.

Miałam gdzieś, że makijaż mi się rozmazuje, że nie mam chusteczek, że moja twarz będzie zaraz przypominac kolorem paprykę. Calum wyjeżdżał. Już. W tej chwili.
Właściwie to za dwadzieścia minut miał odprawę, ale ja musiałam wracać. Obiecałam mu to. I muszę dotrzymać obietnic, ten jeden raz chociażby.
- Hej, Jul, nie płacz, proszę... - błagał, gdy szlochałam w jego koszulkę z tarczą kapitana Ameryki. - Dobrze wiesz, że nie mogę zostać...
- N-no w-wiem, a-a-ale... - roszlochałam się na dobre. - P-po p-pr-prostu mnie t-teraz przy-tul, muszę d-dojść do ssiebie...
No i staliśmy tak pośrodku lotniska. Calum trochę się wiercił, bo przyczepiłam się do niego jak jakaś małpka i ograniczałam mu ruchy. Z każdej strony wpadali na nas ludzie, mrucząc coś o głupocie młodych i inne pierdoły. Szczerze? Miałam to tak głęboko w dupie, że aż w żołądku. Pierdolcie się, idioci! Czy wy w ogóle wiecie, co ja przeżywam?! Nie! Więc się ogarnijcie!
- Steph, musisz już iść.
Zacisnęłam mocniej pięści na jego koszulce.
- Obiecałaś.
Powoli, całkowicie wbrew sobie zaczęłam się odsuwać. A jednak po bardzo krótkiej chwili nie czułam już jego ciepła przy sobie. Przejechałam dłonią po twarzy, starając się odzyskać normalne widzenie, nie załzawione. Dostrzegłam na szarym materiale opinającym jego klatkę piersiową czarne smugi. Tusz do rzęs i eyeliner. Ciekawe, czy to spierze... i kto...
- Muszę już iść - powiedział cicho Calum, z pochyloną głową, nie patrząc mi w oczy. Wraz z nim odsłuchałam suchy komunikat.
- Tylko zadzwoń - powiedziałam spokojniej, starając się wrócić do formy. - Obiecaj.
- Obiecuję.
Ostatni uścisk... i po prostu się odwrócił. Obserwowałam ponuro jego powoli oddalające się plecy. Nie odwrócił się ani razu, a ja wiedziałam, że na jego miejscu postępowałabym tak samo. Pożegnanie przypominało mi zrywanie plastra: gdy to przedłużasz, ciągle boli, nawet coraz bardziej. Trwa coraz dłużej... musisz się tego pozbyć od razu. Oderwać plaster szybko. Zaboli raz i przejdzie.
Ta, pocieszaj się takimi pierdołami myślałam gorzko, z ostatnią łzą na policzku.
Gdy brunet zniknął w gęstniejącym tłumie, również odwróciłam się, tylko że w drugą stronę. Grzebiąc w torebce (szukałam chusteczek do demakijażu oraz odpowiednich kosmetyków), nie patrzyłam przed siebie. Kwestią czasu było potrącenie kogoś lub zostanie potrąconą.
- Kurwa - zaklnęłam pod nosem, zachwiaszy się na wysokich szpilkach. W złapaniu równowagi pomogła mi wyciągnięta pomocna dłoń, którą niechętnie przyjęłam.
- Ty nie w szkole? - zapytał znajomy głos.
- Proszę nie zwracać mi uwagi, panie profesorze - rzuciłam z przekąsem. - Dopiero za godzinę zaczynają się lekcje. Mam czas, by wrócić.
- Zawsze możesz do mnie wpaść przed lekcjami...
Wyrwałam dłoń z jego coraz mocniejszego uścisku. Zrobił zaskoczoną minę, ale co on sobie myśli, na dwa fronty będzie grał. Nie jestem tak... taka jak jeszcze kilka tygodni temu. Może jestem zazdrosna o tą kobietę, z którą szedł, ale po prostu nie. Uważałam go za swoją własność, najwyraźniej nie miałam racji.
- Zobaczymy - powiedziałam lakonicznie.
Potem w końcu skierowałam swe kroki w stronę tych cholernych toalet.

***

Ubrana tak samo jak na imprezie, na której byłam z Hoodem wczoraj - tak, zdążyliśmy pójść do klubu przed odlotem - pojawiłam się w szkole, spóźniona jakieś dziesięć minut. W szpilkach nawet wygodnie się jechało, a błękitna kusa bluzka nie odsłaniala aż tak dużo. W brzuch i plecy było mi po prostu przyjemnie chłodno. Na ramionach miałam kurtkę Caluma, którą w ostatniej chwili od niego wydębiłam. Dopiero widząc moje zaszklone oczy niechętnie ją oddał.
Moim zdaniem nawet fajnie wyglądałam, a pewności dodawały mi jeszcze jeansowe rurki.
Zaparkowałam i od razu ruszyłam do szkoły. Spokojnym, wręcz królewskim krokiem przemierzałam korytarze, starając się przypomnieć sobie, co mamy najpierw. Fizyka..?
Nagle przystanęłam.
Najpierw wychowanie fizyczne.
NIE!! UWIELBIAM TO!!
Całkowicie nie-królewsko pobiegłam do szafki, żeby zdobyć strój. Lekcja trwała około dwóch godzin, co dla większości dziewczyn było klątwą. Na szczęście pan Lenny dawał im kartę ulgową. Wystarczyło tylko zacząć przebąkiwać o okresie, a już można było siedzieć cały czas na ławeczce, a wręcz sobie iść. Pana Lenny'ego nie dziwiło nawet, że niektóre dziewczyny wieczne.miesiączkują. Ktoś tu na biologii nie uważał. Albo po prostu miał to gdzieś.
Natomiast chłopcy nawet nie mogli zgłaszać niedyspozycji. Dopiero, jeśli ktoś wyrzygał się pod nogi nauczycielowi (był taki przypadek! Johnny był na kacu), zaczął rozważać wysłanie go do pielęgniarki.
Niemniej jednak wszyscyśmy go uwielbiali. Nie był jakoś specjalnie przystojny. Niski, ledwo metr siedemdziesiąt, barczysty jak zawodnik rugby. Śmiesznie wyglądał, ze swoimi krótkimi, umięśnionymi nogami. Potrafił biegać naprawdę szybko, co zawsze nas dziwiło. Jeśli graliśmy w rugby, kapitanowie grali w papier-kamień-nożyce, kto będzie miał Lenny'ego w drużynie. Wtedy oczywiście wzrastało prawdopodobieństwo wygranej. Do 99,9%.
Sędzia nie był potrzebny, nikt nie ośmielił się grać nieczysto na lekcji wychowania fizycznego. Bo F* murowane.
- PRZEPRASZAM ZA SPÓŹNIENIE! - wrzasnęłam z całego serca, gdy w króciutkich szortach i białej koszuli taty wbiegłam na zielone boisko. - JA NIE CHCIAŁAM!
- CHODŹ SIĘ WYTŁUMACZYĆ! - odwrzasnął nauczyciel z drugiego końca. - NAJLEPIEJ SPRINTEM I OBIEGNIJ NA OKOŁO BOISKO!
Zrezygnowana spełniłam polecenie i postarałam się przebiec te trzysta metrów jak najszybciej. Zdyszana jak pies (prawie język wywaliłam!) pojawiłam się przy wkurzonym nauczycielu.
- Czemu się spóźniłaś? - zapytał tonem wojskowego, którym nigdy nie był.
- J-ja odpro... wadzałam przy-jaciela - głęboki oddech. - na lotnisko. W... Mont... gomery.
Spojrzał na mnie uważnie jasnoniebieskimi oczami albinosa, które dziwnie wyglądały przy jego ciemnej karnacji i czarnych włosach.
- Płakałaś - to było raczej stwierdzenie faktu, a nie pytanie.
- Ja... nie, nie płakałam! - zapierałam się nogami i rękami. - Ja nie płaczę!
- No okej... - Spojrzał mi w oczy. - Czyli masz kaca. Bo jak wytłumaczyć przekrwione białka..?
Zacisnęłam usta, woląc być osądzona o pijaństwo (słusznie zresztą) niż płacz. Stephanie Julie Fox-Lisowsky nie płacze. Nigdy. Przynajmniej nie przy ludziach.
Nauczyciel westchnął i wysłał mnie na trybuny. Ruszyłam w jej stronę z wysoko podniesionym podbródkiem. Pamiętaj. Jesteś już w szkole. Tutaj bardzo szybko dostrzega się słabości. I bardzo szybko jest to wykorzystywane przeciw tobie.
- Jaki jest Calum? - zapytała od razu Caro, którą zauważyłam dopiero, gdy się odezwała.
- Gorący. - Uśmiechnęłam się tajemniczo.
- Na imprezie u Deppa siedziałaś sama, a on zmył się z twoją siostrą.
- No wiem. I co?
- Ale przecież...
- Nie jesteśmy razem. - Wzruszyłam ramionami. - To tylko seks.
Caro przysunęła się bliżej mnie, tak, że stykałyśmy się ramionami kolanami. Czy mi się zdawało, czy przyśpieszył jej oddech?
- Steph, muszę ci coś wyznać... - zaczęła niepewnie. - Strasznie... bardzo mi się podobasz od kiedy się pojawiłaś i bardzobymchciałacięprzeleciećbotylkogdycięwidzęjużjestemmokranotoczybyśsięzgodziłaproszęproszęproszę?
Moje oczy miały wielkość pokrywek od słoików, a przynajmniej tak zakładałam, ponieważ naprawdę mnie zaskoczyła.
- Właściwie... - zaczęłam, a oczy Caroline się zaświeciły. - ...zawsze chciałam spróbować. Teraz? - spytałam lekko.
Uśmiechnęła się szeroko.

***

Po lekcjach leniwym krokiem udałam się w stronę gabinetu Liama. Szczerze mówiąc po porannym numerku na w-fie nie czułam potrzeby. Rozglądałam się po korytarzu, pierwszy raz dostrzegając różne puchary i dyplomy, głównie z przedmiotów ścisłych.
Dobiło mnie Katherine Fox.
Zdecydowanie pchnęłam drzwi od klasy do angielskiego. Liam siedział na brzegu pierwszej ławki, tłumacząc coś... Harry'emu. Zamrugałam, ale małpia czupryna wciąż tam był. Notował coś pośpiesznie w wyświechtanym zeszycie, seksownie przygryzając dolną wargę. W brzuch coś zaczęło mi świrować.
Stałam chwilę w drzwiach, niemal zahipnotyzowana widokiem skupionego Harry'ego. Zmarczone brwi i ta warga działały na mnie jak jakiś pierdolony fetysz. Liam w końcu zauważył moją seksowną sylwetkę w drzwiach, po czym gestem kazał mi zająć miejsce za chłopakiem. Spełniłam nieme polecenie niechętnie, wyczuwając, że długo będę czekać - a tego nie chciałam. Naprawdę wolałabym sobie iść, bo czułam się po prostu niezręcznie, ale sumienie kazało mi zostać.
W ponurym humorze czekałam, aż konsultacje się w końcu skończą. Miałam wrażenie, że profesor specjalnie się nie śpieszy, wręcz przedłuża. Wskazówki pędziły w tempie żółwia stojącego w korku.
Dla zabicia czasu przeglądałam wiadomości z czasów, gdy umieściłam swój numer na... pewnym serwisie. Pisanie z wieloma osobami sprawiało mi przyjemność.
W końcu w końcu Styles wstał i podziękował za pomoc. Obserwowałam w milczeniu, jak wychodzi, cicho zamykając za sobą drzwi.
- Cóż za seksowne wdzianko... Stephanie.
Poderwałam się gwałtownie z krzesła, prawie je przewracając.
- Nie mydl mi tu oczu - oznajmiłam sucho. - Przyszłam tutaj tylko zakończyć nasz... naszą znajomość.
Przestał się uśmiechać.
- Właściwie chciałem poruszyć ten temat.
- Doprawdy? - rzuciłam z sarkazmem. - Coś nie bardzo mogę w to uwierzyć. Zresztą nieważne. To koniec. Nie mam zamiaru miec sumieniu twojego związku.
- C-co, jaki...
- Widziałam cię kilka dni temu z dziewczyną. I serio, straciłam na ciebie jakąkolwiek ochotę. Więc nie licz już na nic.
Otrzepałam spodnie i dziarsko ruszyłam w stronę drzwi. Nie wiem, po co czekałam, w sumie mogłabym to powiedzieć przy Harry'm. Ale jeśli... co on by sobie pomyślał?!
- Chyba cię popieprzyło! - To proste zdanie sprawiło, że przystanęłam.
- Popieprzyło mnie, ponieważ..? - Uniosłam brwi.
- Co ty sobie myślisz, jak ty zdasz beze mnie?!
To mnie rozwścieczyło. Przed oczami zrobiło mi się czerwono przed oczami.
- Jakoś kurwa zdam! I nie twój pierdolony interes! - wrzasnęłam i wybiegłam z klasy.

¤¤¤
*chyba każdy wie, że to amerykańska 1 c: o ile nie popieprzyłam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz