Miałam gdzieś, że
makijaż mi się rozmazuje, że nie mam chusteczek, że moja twarz będzie
zaraz przypominac kolorem paprykę. Calum wyjeżdżał. Już. W tej chwili.
Właściwie to za
dwadzieścia minut miał odprawę, ale ja musiałam wracać. Obiecałam mu to.
I muszę dotrzymać obietnic, ten jeden raz chociażby.
- Hej, Jul, nie płacz,
proszę... - błagał, gdy szlochałam w jego koszulkę z tarczą kapitana
Ameryki. - Dobrze wiesz, że nie mogę zostać...
- N-no w-wiem, a-a-ale... - roszlochałam się na dobre. - P-po p-pr-prostu mnie t-teraz przy-tul, muszę d-dojść do ssiebie...
No i staliśmy tak
pośrodku lotniska. Calum trochę się wiercił, bo przyczepiłam się do
niego jak jakaś małpka i ograniczałam mu ruchy. Z każdej strony wpadali
na nas ludzie, mrucząc coś o głupocie młodych i inne pierdoły. Szczerze?
Miałam to tak głęboko w dupie, że aż w żołądku. Pierdolcie się, idioci!
Czy wy w ogóle wiecie, co ja przeżywam?! Nie! Więc się ogarnijcie!
- Steph, musisz już iść.
Zacisnęłam mocniej pięści na jego koszulce.
- Obiecałaś.
Powoli, całkowicie wbrew
sobie zaczęłam się odsuwać. A jednak po bardzo krótkiej chwili nie
czułam już jego ciepła przy sobie. Przejechałam dłonią po twarzy,
starając się odzyskać normalne widzenie, nie załzawione. Dostrzegłam na
szarym materiale opinającym jego klatkę piersiową czarne smugi. Tusz do
rzęs i eyeliner. Ciekawe, czy to spierze... i kto...
- Muszę już iść - powiedział cicho Calum, z pochyloną głową, nie patrząc mi w oczy. Wraz z nim odsłuchałam suchy komunikat.
- Tylko zadzwoń - powiedziałam spokojniej, starając się wrócić do formy. - Obiecaj.
- Obiecuję.
Ostatni uścisk... i po prostu się odwrócił.
Obserwowałam ponuro jego powoli oddalające się plecy. Nie odwrócił się
ani razu, a ja wiedziałam, że na jego miejscu postępowałabym tak samo.
Pożegnanie przypominało mi zrywanie plastra: gdy to przedłużasz, ciągle
boli, nawet coraz bardziej. Trwa coraz dłużej... musisz się tego pozbyć
od razu. Oderwać plaster szybko. Zaboli raz i przejdzie.
Ta, pocieszaj się takimi pierdołami myślałam gorzko, z ostatnią łzą na policzku.
Gdy brunet zniknął w
gęstniejącym tłumie, również odwróciłam się, tylko że w drugą stronę.
Grzebiąc w torebce (szukałam chusteczek do demakijażu oraz odpowiednich
kosmetyków), nie patrzyłam przed siebie. Kwestią czasu było potrącenie
kogoś lub zostanie potrąconą.
- Kurwa - zaklnęłam pod
nosem, zachwiaszy się na wysokich szpilkach. W złapaniu równowagi
pomogła mi wyciągnięta pomocna dłoń, którą niechętnie przyjęłam.
- Ty nie w szkole? - zapytał znajomy głos.
- Proszę nie zwracać mi
uwagi, panie profesorze - rzuciłam z przekąsem. - Dopiero za godzinę
zaczynają się lekcje. Mam czas, by wrócić.
- Zawsze możesz do mnie wpaść przed lekcjami...
Wyrwałam dłoń z jego
coraz mocniejszego uścisku. Zrobił zaskoczoną minę, ale co on sobie
myśli, na dwa fronty będzie grał. Nie jestem tak... taka jak jeszcze
kilka tygodni temu. Może jestem zazdrosna o tą kobietę, z którą szedł,
ale po prostu nie. Uważałam go za swoją własność, najwyraźniej nie
miałam racji.
- Zobaczymy - powiedziałam lakonicznie.
Potem w końcu skierowałam swe kroki w stronę tych cholernych toalet.
***
Ubrana tak samo jak na
imprezie, na której byłam z Hoodem wczoraj - tak, zdążyliśmy pójść do
klubu przed odlotem - pojawiłam się w szkole, spóźniona jakieś dziesięć
minut. W szpilkach nawet wygodnie się jechało, a błękitna kusa bluzka
nie odsłaniala aż tak dużo. W brzuch i plecy było mi po prostu
przyjemnie chłodno. Na ramionach miałam kurtkę Caluma, którą w ostatniej
chwili od niego wydębiłam. Dopiero widząc moje zaszklone oczy
niechętnie ją oddał.
Moim zdaniem nawet fajnie wyglądałam, a pewności dodawały mi jeszcze jeansowe rurki.
Zaparkowałam i od razu
ruszyłam do szkoły. Spokojnym, wręcz królewskim krokiem przemierzałam
korytarze, starając się przypomnieć sobie, co mamy najpierw. Fizyka..?
Nagle przystanęłam.
Najpierw wychowanie fizyczne.
NIE!! UWIELBIAM TO!!
Całkowicie nie-królewsko
pobiegłam do szafki, żeby zdobyć strój. Lekcja trwała około dwóch
godzin, co dla większości dziewczyn było klątwą. Na szczęście pan Lenny
dawał im kartę ulgową. Wystarczyło tylko zacząć przebąkiwać o okresie, a
już można było siedzieć cały czas na ławeczce, a wręcz sobie iść. Pana
Lenny'ego nie dziwiło nawet, że niektóre dziewczyny
wieczne.miesiączkują. Ktoś tu na biologii nie uważał. Albo po prostu
miał to gdzieś.
Natomiast chłopcy nawet
nie mogli zgłaszać niedyspozycji. Dopiero, jeśli ktoś wyrzygał się pod
nogi nauczycielowi (był taki przypadek! Johnny był na kacu), zaczął
rozważać wysłanie go do pielęgniarki.
Niemniej jednak
wszyscyśmy go uwielbiali. Nie był jakoś specjalnie przystojny. Niski,
ledwo metr siedemdziesiąt, barczysty jak zawodnik rugby. Śmiesznie
wyglądał, ze swoimi krótkimi, umięśnionymi nogami. Potrafił biegać
naprawdę szybko, co zawsze nas dziwiło. Jeśli graliśmy w rugby,
kapitanowie grali w papier-kamień-nożyce, kto będzie miał Lenny'ego w
drużynie. Wtedy oczywiście wzrastało prawdopodobieństwo wygranej. Do
99,9%.
Sędzia nie był potrzebny, nikt nie ośmielił się grać nieczysto na lekcji wychowania fizycznego. Bo F* murowane.
- PRZEPRASZAM ZA
SPÓŹNIENIE! - wrzasnęłam z całego serca, gdy w króciutkich szortach i
białej koszuli taty wbiegłam na zielone boisko. - JA NIE CHCIAŁAM!
- CHODŹ SIĘ WYTŁUMACZYĆ! - odwrzasnął nauczyciel z drugiego końca. - NAJLEPIEJ SPRINTEM I OBIEGNIJ NA OKOŁO BOISKO!
Zrezygnowana spełniłam
polecenie i postarałam się przebiec te trzysta metrów jak najszybciej.
Zdyszana jak pies (prawie język wywaliłam!) pojawiłam się przy wkurzonym
nauczycielu.
- Czemu się spóźniłaś? - zapytał tonem wojskowego, którym nigdy nie był.
- J-ja odpro... wadzałam przy-jaciela - głęboki oddech. - na lotnisko. W... Mont... gomery.
Spojrzał na mnie uważnie
jasnoniebieskimi oczami albinosa, które dziwnie wyglądały przy jego
ciemnej karnacji i czarnych włosach.
- Płakałaś - to było raczej stwierdzenie faktu, a nie pytanie.
- Ja... nie, nie płakałam! - zapierałam się nogami i rękami. - Ja nie płaczę!
- No okej... - Spojrzał mi w oczy. - Czyli masz kaca. Bo jak wytłumaczyć przekrwione białka..?
Zacisnęłam usta, woląc
być osądzona o pijaństwo (słusznie zresztą) niż płacz. Stephanie Julie
Fox-Lisowsky nie płacze. Nigdy. Przynajmniej nie przy ludziach.
Nauczyciel westchnął i
wysłał mnie na trybuny. Ruszyłam w jej stronę z wysoko podniesionym
podbródkiem. Pamiętaj. Jesteś już w szkole. Tutaj bardzo szybko
dostrzega się słabości. I bardzo szybko jest to wykorzystywane przeciw
tobie.
- Jaki jest Calum? - zapytała od razu Caro, którą zauważyłam dopiero, gdy się odezwała.
- Gorący. - Uśmiechnęłam się tajemniczo.
- Na imprezie u Deppa siedziałaś sama, a on zmył się z twoją siostrą.
- No wiem. I co?
- Ale przecież...
- Nie jesteśmy razem. - Wzruszyłam ramionami. - To tylko seks.
Caro przysunęła się bliżej mnie, tak, że stykałyśmy się ramionami kolanami. Czy mi się zdawało, czy przyśpieszył jej oddech?
- Steph, muszę ci coś
wyznać... - zaczęła niepewnie. - Strasznie... bardzo mi się podobasz od
kiedy się pojawiłaś i
bardzobymchciałacięprzeleciećbotylkogdycięwidzęjużjestemmokranotoczybyśsięzgodziłaproszęproszęproszę?
Moje oczy miały wielkość pokrywek od słoików, a przynajmniej tak zakładałam, ponieważ naprawdę mnie zaskoczyła.
- Właściwie... - zaczęłam, a oczy Caroline się zaświeciły. - ...zawsze chciałam spróbować. Teraz? - spytałam lekko.
Uśmiechnęła się szeroko.
***
Po lekcjach leniwym
krokiem udałam się w stronę gabinetu Liama. Szczerze mówiąc po porannym
numerku na w-fie nie czułam potrzeby. Rozglądałam się po korytarzu,
pierwszy raz dostrzegając różne puchary i dyplomy, głównie z przedmiotów
ścisłych.
Dobiło mnie Katherine Fox.
Zdecydowanie pchnęłam
drzwi od klasy do angielskiego. Liam siedział na brzegu pierwszej ławki,
tłumacząc coś... Harry'emu. Zamrugałam, ale małpia czupryna wciąż tam
był. Notował coś pośpiesznie w wyświechtanym zeszycie, seksownie
przygryzając dolną wargę. W brzuch coś zaczęło mi świrować.
Stałam chwilę w
drzwiach, niemal zahipnotyzowana widokiem skupionego Harry'ego.
Zmarczone brwi i ta warga działały na mnie jak jakiś pierdolony fetysz.
Liam w końcu zauważył moją seksowną sylwetkę w drzwiach, po czym gestem
kazał mi zająć miejsce za chłopakiem. Spełniłam nieme polecenie
niechętnie, wyczuwając, że długo będę czekać - a tego nie chciałam.
Naprawdę wolałabym sobie iść, bo czułam się po prostu niezręcznie, ale
sumienie kazało mi zostać.
W ponurym humorze czekałam, aż konsultacje się w końcu skończą. Miałam wrażenie, że profesor specjalnie się nie śpieszy, wręcz przedłuża. Wskazówki pędziły w tempie żółwia stojącego w korku.
Dla zabicia czasu
przeglądałam wiadomości z czasów, gdy umieściłam swój numer na... pewnym
serwisie. Pisanie z wieloma osobami sprawiało mi przyjemność.
W końcu w końcu Styles wstał i podziękował za pomoc. Obserwowałam w milczeniu, jak wychodzi, cicho zamykając za sobą drzwi.
- Cóż za seksowne wdzianko... Stephanie.
Poderwałam się gwałtownie z krzesła, prawie je przewracając.
- Nie mydl mi tu oczu - oznajmiłam sucho. - Przyszłam tutaj tylko zakończyć nasz... naszą znajomość.
Przestał się uśmiechać.
- Właściwie chciałem poruszyć ten temat.
- Doprawdy? - rzuciłam z
sarkazmem. - Coś nie bardzo mogę w to uwierzyć. Zresztą nieważne. To
koniec. Nie mam zamiaru miec sumieniu twojego związku.
- C-co, jaki...
- Widziałam cię kilka dni temu z dziewczyną. I serio, straciłam na ciebie jakąkolwiek ochotę. Więc nie licz już na nic.
Otrzepałam spodnie i
dziarsko ruszyłam w stronę drzwi. Nie wiem, po co czekałam, w sumie
mogłabym to powiedzieć przy Harry'm. Ale jeśli... co on by sobie
pomyślał?!
- Chyba cię popieprzyło! - To proste zdanie sprawiło, że przystanęłam.
- Popieprzyło mnie, ponieważ..? - Uniosłam brwi.
- Co ty sobie myślisz, jak ty zdasz beze mnie?!
To mnie rozwścieczyło. Przed oczami zrobiło mi się czerwono przed oczami.
- Jakoś kurwa zdam! I nie twój pierdolony interes! - wrzasnęłam i wybiegłam z klasy.
¤¤¤
*chyba każdy wie, że to amerykańska 1 c: o ile nie popieprzyłam
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz