Od jakiejś uczynnej
pierwszoklasistki dowiedziałam się, że Samobójca zdecydował się zmienić
szkołę. Szczerze? Gówno mnie to obchodziło. Przestało mi zależeć na
upokorzeniu kogokolwiek, kiedy zaczęły mi się śnić koszmary o mamie. I o
opuszczającym mnie Harry'm, co jest surrealistyczne, bo przecież nawet
mnie już nie lubi. Czuje do mnie wstręt.
Nie odpowiedział na
wiadomości... W dodatku po rozmowie z mamą czułam się jednocześnie
szczęśliwa i przybita. Dla niej nadal byłam Juliet, radosną, trochę
nieśmiałą dziewczyną, która lubiła się uczyć i uczestniczyć w szkolnej
orkiestrze. Włosy zawsze splatającą w warkocz, bez grama makijażu na
twarzy. Dziewicą.
Ludzie się zmieniają. A
przynajmniej rozwijają. Nie można tego zatrzymać. Mój charakter po
prostu wyewoluował w bardzo niespodziewanym kierunku. Z cichej dobrej
uczennicy, wyłonił się arogancki seksowny wamp. Nie powiem, podobało mi
się to tak samo, jak wkurzanie ojca. Moje mury obronne wyrosły jak
grzyby na deszczu - nie chciałam, by znów coś tak głupiego jak rozwód
najbliższych osób rozwaliło mi życie.
Wydawać się może, że chowam się za maską Steph, ale tak naprawdę to ona jest częścią mnie. Dorosłam.
Zamknęłam laptopa i zeszłam z łóżka. Zdecydowanym krokiem podeszłam do szafy. Z najwyższej półki zdjęłam futerał mojego skarbu.
Flet poprzeczny jest
wyjątkowy. Należy do grupy instrumentów dętych drewnianych, a zazwyczaj
jedyną niemetalową częścią (poduszki przy klapkach się nie liczą) jest
korek ukryty w główce. Zapewne chodzi o to, że kiedyś flety były robione
z najlepszych drzew. Z lekkim wachaniem złożyłam instrument. Nie był
jakoś specjalnie piękny - pościerany nikiel, którym był pokryty - dla
mnie miał wartość wprost bezcenną. Widać było, że był używany. I kochany
całym sercem.
Przyłożyłam główkę do
ust, układając je odpowiednio i rozlużniając ciało. Na szczęście nikogo
nie ma w domu. Mogę grać bez przeszkód.
Wszędzie rozpoznawalny
temat ze Shreka, którego fletową wersję znalazłam na youtubie, popłynął
nieśpiesznie w przestrzeń. W rytmie spokojnego walca wznosił się i
opadał. Wymarzona melodia do ćwiczenia wibracji. Żałowałam, że nie
potrafię wyczarować znikąd harfisty, który akompaniował na nagraniu.
Napisałam w komentarzu probę o udostępnienie nut, bo nie potrafiłam
rozczytać w innych opiniach o co chodzi. Uroki polskiego.
Nie ogarniam tego
języka, angielski jest dużo prostrzy. Jak tata może się nim jarać? Pełno
dziwnych szumów i takich twardych spółgłosek. Ale jako muzyk muszę
przyznać, że ma ciekawą melodię.
Kiwając się lekko na
boki ("co ty tak tańczysz?" śmiała się zawsze mama) podeszłam do okna. I
natychmiast oderwałam flet od twarzy. Czarny mercedes zatrzymał się
majestatycznie przed domem, wykręcił trochę, po czym wjechał na posesję.
Z auta wysiadł tata, który zaraz obiegł pojazd, by otworzyć
Wielorybowi. Ta traktowała go jak jakiegoś pieprzonego lokaja: po
wygramoleniu się królewskim krokiem udała się do domu. Zdążyłam tylko
zauważyć, że Aby wysiada z auta, po czym z prędkością światła
wyczyściłam i spakowałam flet. Dopiero po schowaniu instrumentu
przypomniało mi się, że przecież i tak tu nie wejdą.
Ale usłyszeć usłyszą.
***
Przeglądałam zdjęcia Stylesa na Facebooku. Nie dawałam im Lubię to, bo by skojarzył, że przeglądam mu profil i dał tak zwanego bloka.
Chyba zaczynam mieć jakąś obsesję pomyślałam po ściągnięciu ostatniego pliku jpg. Na mojego ostatniego sms-a o rozpaczliwej treści:
Harry, proszę cię, wybacz mi, ja musiałam się zemścić, rola królowej mnie zobowiązuje!
Odpowiedział lakonicznie:
Nie mnie powinnaś przepraszać.
Dobił mnie tym.
Poza tym, - dodał potem. - od kiedy "królowa" zadaje się z "chłopem"?
Teraz to ja się nie
odzywałam. Miał rację. Czemu ja w ogóle się przejmuję jakimś, cytuję,
"chłopem"? Bo bezinteresownie się o mnie troszczył? Bo zadawał pytania,
których dawno moje ucho nie słyszało? Właściwie, to od... ponad roku? Na
pewno od rozwodu.
A czy to spotkanie z Kendall..?
Zapomnij, Nutty.
I tym mnie znokautował. Jestem pewna, że świadomie użył mojej ksywki. Słyszał..? Widocznie.
Mój wzrok spoczął na butelce whiskey.
***
Telefon Caroline zastał mnie w stanie wybitnej nietrzeźwości.
- Aalo? - wybełkotałam do słuchawki. - Ciego dusa - yk! - praagniem?
- Steph, jesteś kompletnie zalana.
- Góóóówiiijenko-oo -
yk! - mnje to - yk! - obchjoodzy. Ciego djusza ce, pytam ku... kul...
kluty... - yk! - kulty... kult... gzecnie?
Ale Horan rozwłączyła
się przy moich próbach wyartykułowania słowa 'kulturalnie'. No cóż,
bywa. Nie zaprzątałam sobie nią głowy, byleby tylko Ellie Devon nie
zaczęła mi zawracać dupy.
Grałam w pasjonującego
tenisa ze ścianą, gdy dotarło do mnie, że jest piątek. Pewnie dlatego
dzwoniła. Tylko co mnie teraz to obchodzi? Czuję, że dzisiejszego
wieczoru towarzystwa będą dotrzymywać mi whiskey z miśkami.
- Cyli ustalsmy, ze
jessem metlem? - zapytałam miśka. Ten jednak milczał jak zaklęty,
patrząc na mnie potępiająco. Skrzywiłam się i kontynuowałam: - Jak wies,
metlo jes publicnymm środeckiem tra... trass... tran... portu. Dba o
niego mjasto... - urwałam. - Casami. Zadko. Wogole.
Rzuciłam się na łóżko i położyłam się na plecach z rękami pod głową.
- Chociaz z drugjej
stronny jessm nieprze.... przy... przowidywalna. A metlo ma swojom
trasem, nie? Ta mi siem wydajem. Wies, ze londynnskje UNDERGROUND jes najstarsze na swjiecie? Chyba. Nie wiem. No i jesm nieprze... przywidylna, ni ma stalych tras... czyli możlze jesm...*
Przerwało mi pukanie do drzwi.
- Ciego? - zapytałam poirytowana. Myśl uciekła mi gdzieś w głąb umysłu jak chuligan przed wrzeszczącą staruszką.
Szczęknął zamek i w progu pojawiła się czerwonowłosa. Zamknęła za sobą drzwi, zasunęła łańcuch, po czym usiadła obok mnie.
- Nie mów, że jesteś
taka wściekła, bo nasz stary zrobił dziecko mojej starej? - Aby uniosła
jedną brew. Westchnęłam na tak głupi początek rozmowy. - Znowu, w
dodatku.
- Mam... poważniejjszsze pro-problemmy niż... jakiś banchoor - wycedziłam powoli, żeby mój pijany język nadążył.
Aby położyła się na
łóżku koło mnie na boku. Odwróciłam głowę, bo wiedziałam, że od rozmówcy
zawsze wymaga kontaktu wzrokowego. Jej brązowe oczy, w których podobno
zawsze można było znaleźć odrobinę ciepła (bzdura! Nie wierzcie w takie
pierdoły!), zeskanowały moją zarumienioną od alkoholu twarz - a w
szczególności czerwony nos.
- Zauważyłam, kochana - powiedziała z przekąsem. - Na przykład kradziona z dołu brandy.
- Whiskey - poprawiłam ją automatycznie. - I kupiłaam jom za własssne. O-ojcieccc ssfojom sfował.
Przewróciła oczami, zirytowana.
- Powiedz, jakim cudem jesteś zdolna wypić... - Oszacowała szybko. - siedem butelek tego szkockiego specjału...
- Irrrrlanciego!
- ...w niecałe pół godziny? Oczywiście zakładam, że na Facebooku byłaś trzeźwo aktywna.
- Ale śmjeeśnee - Parsknęłam śmiechem. - I łoosjem butelek, łoosjem. Ktooos tuutja ni umi licyć...
- Steph, uspokój się!
- A po ki chujj? Nie uspokoje sie ni ma tja doble... Wolem chuj cuć i mjeć w dupasie seswnym, co mysli o mje Haary...
Podniosła się nagle.
- Więc tu chodzi o tego nowego od Rzygmana?! Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam, że to on ci chodzi po głowie..!
Również się podniosłam, a
raczej spróbowałam. W końcu alkohol ogranicza zdolność do swobodnego
poruszania się. I percepję (znam takie trudne słowa?!). Podparłam się
więc na rękach, odruchowo kuląc pod przepełnionym triumfem spojrzeniem
przyrodniej siostry.
- Zygman..? - zaczęłam niepewnie. - Kto to jest Zygman..?
- No ten, co na ciebie wpadł.
Aby chodziła do tej
samej szkoły, oczywiście. Mijałyśmy się na korytarzach bez słowa, obie
miałyśmy swoje reputacje. Dziewczyna rzuciła gazetkę szkolną po
burzliwym na całe liceum romansie z Zaynem. Teraz całą swoją uwagę
poświęcała nauce, nie tyle, by zapomnieć, co żeby o niej zapomniano. Potrafiłam
to zrozumieć. Zawsze była raczej cicha. Przynajmniej kiedy ją poznałam
bliżej, już taka była. Chwilę przed przygodą przewidniczącym.
O rany boskie, a jak ona też ma HIV..?!
- Aby zlob cos dla mje, idź na badana klfi, okeej?
Zmarszczyła brwi.
Niejasno zdałam sobie sprawę, że chyba zadałam pytanie z dupy strony. No
trudno, gdy ta podła myśl zaświtała mi w głowie...
- Ale po co? - zapytała skonfundowana.
- Opowjem ci lutro,
tetaz mi siem ni ce. Ce spacii. Steph ce spać... - Opadłam z powrotem na
łóżko. Ziewnęłam głośno, a potem przeciągnęłam się jak kotka. - Zamnij
dzwi tylkoo... - zdążyłam dodać i zasnęłam.
***
Jul? Jul!, proszę cię, zejdź do nas, dobrze?
Nie jesteś dzieckiem...
...pewnie zauważyłaś, że...
...widzisz, nie pasujemy do siebie.
...ciągle się kłócimy.
A-ale tato, chyba nie...
Tak, Julio, twoja matka i ja ROZWODZIMY SIĘ.
Masz przyrodnią siostrę, wiesz? Dwa lata młodszą...
Jak śmiałeś zdradzić moją mamę?! Ty...nienawidzę cię, nienawidzę!
Jul, proszę...
Mam raka... ale jest szansa na wyzdrowienie, wszystko będzie dobrze, Jul.
Mamo... m-m-mó-wi-wi-i-łam ci-ci prze-cież, żebyś...
Cii, słońce, niezbadane są wyroki boskie... Przynajmniej twój ojciec będzie mógł wziąć kościelny ślub z tą jedzą.
Haha mamo...
Czemu to nie bzyczy DOKTORZE!!
PROSZĘ się odsunąć...
MAMO NIE, BŁAGAM..!
Obudziłam się zlana
zimnym potem, całkowicie trzeźwa. Sny, zwłaszcza te o przeszłości,
działały znakomicie pod tym względem. Gęsia skórka powoli znikała
podczas mojego cichego liczenia oddechów.
Wdech...
...wydech.
Wdech...
...wydech.
Będzie dobrze. Mama nie
umrze, a ten stary dureń nadal będzie miał zgryza, bo ta suka chce mieć
ślub w kościele z prawdziwego zdarzenia, a przecież moi rodzice
teoretycznie są razem. Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela,
ksiądz nie chciał unieważnić ich związku. Tak więc według państwa i
prawa cywilnego, nie istnieje małżeństwo Kate oraz Wojciecha
Fox-Lisowskich, tylko Emmy i Wojciecha, według Kościoła - na odwrót.
W takich momentach kochałam katolicyzm.
Mama przykuta jest do łóżka, a ojciec codziennie wieczorem mruczy pod nosem niech ona wreszcie zdechnie.
Co za podły, niewdzięczny sukinsyn! Gdyby nie majątek mamy bylibyśmy
spłukani! Amerkański majątek gromadzony latami. Mama obiecała, że
przepisze go mi. Tata dostanie tylko mały kawałeczek w postaci naszego
domu. Czy warto wspominać, że oboje dostajemy od niej co miesiąc kieszonkowe, w dodatlu ona płaci rachunki? Co za patologia!
Ona go serio kocha. Tego
małego, głupiego Polaczka, który teraz gania za tą brytyjską suką, jak
pudelek albo chihuahua na smyczy. Tak mi za niego wstyd...
Westchnęłam, po czym postanowiłam zejść na dół po wodę czy jabłko.
Dopiero na dole zorientowałam się, że i ten pyszny owoc, i wodę z kubkiem mam w pokoju. No trudno, pomyślałam, nalewając do szklanki soku pomarańczowego. Jak już jestem, to niech skorzystam. Przypomniało mi się, że muszę oddać ubrania do pralni. Odniosę jutro... a właście dziś poprawiłam się, widząc na elektronicznym zegarze na piekarniku godzinę trzecią. Przy okazji odbiorę ciuchy.
Umyłam szklankę najciszej, jak potrafiłam, bo suka miała ostatnio lekki sen. A może raczej Wieloryb..?
Zachichotałam cicho z tego głupiego suchara, zaraz jednak uśmiech
zszedł mi z twarzy, bowiem do moich uszu dotarły głośne jęki protestu
desek na schodach. Ktoś schodził na dół nonszalanckim krokiem, jakby
miał w dupie, że jest środek nocy.
Tatuś.
Niewiele myśląc,
przykucnęłam, chowając się z blatem. Do kuchni można było wejść od
strong korytarza i salonu. Meble były w dziwaczny sposób porozrzucane po
całym sterylnie czystym pomieszczeniu. Kuchenka i blaty tworzyły
wysepkę po środku, a lodówka wraz ze zlewem czaiły się przy ścianie na
przeciw drzwi do salonu. Tak samo wyspa stała podłóżnym bokiem w tym
samym kierunku.
Ja kucnęłam przy tym krótszym, na przeciw wejścia od przed pokoju.
Ciężkie kroki coraz
bardziej się przybliżały. Zakładałam, że to tata. W końcu pewnie chciał
się napić. Więc mimowolnie przesuwałam się w stronę ściany, żeby być
dalej od drzwi do salonu.
Zesztywniałam jednak, bo
tata nie skierował się w stronę barku... usłyszałam dźwięk otwieranej
lodówki. Tata mocował się chwilę ze słoikiem, po czym mruknął
zadowolony, gdy rozległo się ciche łuup. Wydało mi się to dziwne, więc zerknęłam przez ramię.
To co tam zobaczyłam... będę się z tego śmiać do końca świata.
Emma w jednej ręce
trzymała słoik kiszonych ogórków (bez których nie mógł żyć), w drugiej
pokrywkę. W świetle lodówkowej żarówki dostrzegłam, że na twarzy ma
szalony, trochę straszny uśmiech. Patrzyłam, jak odkłada 'zakrętkę', po
czym wkłada mały zielony owoc do ust. Chruup, plask, mlask, mmm...
Powtrzymywałam chichot,
żeby mnie nie zauważyła, ale kto w końcu się odgrażał, jakie to
niedobre, jakie to zepsute, jak można trzymać zepsute jedzenie w domu...
Przemknęłam niczym ninja po drugiej stronie blatu i bez przeszkód
dotarłem na szczyt schodów. Emma, pochłonięta polskim specjałem,
oczywiście nikogo nie zauważyła...
Z bananem na twarzy położyłam się spać.
Stara hipokrytka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz