Szkoda, że zapomniałam wczoraj o jednej małej, tyciej rzeczy.
Że dziś jest poniedziałek.
Piłam sobie spokojnie
whiskey do około drugiej nad ranem. Oczywiście, trzy razy (a może
cztery..?) schodziłam na dół, coraz bardziej się chwiejąc. Zachowywałam
jednak spokój, jedyne czego pragnę, to znów awantura z kobietą, której
wykrzyczę w twarz: 'PIEPRZ SIĘ SUKO NIE JESTEŚ MOJĄ MATKĄ I NIE MASZ
PRAWA MU ROZKAZYWAĆ!', a ona odwrzaśnie: :'MAM TO W DUPIE JESTEM TWOJĄ
OPIEKUNKĄ PRAWNĄ DZIWKO I CHOĆ CI SIĘ TO NIE PODOBA MOGĘ CO ROZKAZYWAĆ...!'. Tylko nie przy tatusiu.
Za ostatnim - czwartym,
piątym, szóstym? - razem schody postanowiły się ze mną pobawić w berka.
Co rusz uciekały - to w prawo, to w lewo. Kurczowo trzymałam się poręczy
i ściskając karafkę. Jeszcze mi się wyleje! Gdy do gardła zaczęła
podchodzić żółć, wiedziałam, że muszę działać szybko. Stawiając długie
kroki, szybko dotarłam do pokoju, zanim choroba morska przejęła nade mną
kontrolę.
Rzygowiny były żółte,
śmierdzące i wodniste. Otarłam usta z obrzydzeniem, po czym siadłam na
kiblu. Zdecydowanie za dużo płynu się zadomowiło w moim pęcherzu. Ugh.
Zgarnęłam alkohol z podłogi, gdzie postawiłam ją zanim zwymiotowałam, po
czym udałam się do łóżka. Bez przebierania się zasnęłam.
Oczywiście, genialna
Steph nie zasłoniła rolet, dlatego około szóstej obudziło mnie słońce.
Genialna skacowana Steph przypomniała sobie, że jej pokój ma okna na
wschód. Oczywiście, nie poszła do szkoły. Zakopała się w pościeli, byle
dalej od złego światła.
Gdy około dziewiątej -
chyba - rozbudziłam się nieco, poszłam do łazienki. Jak dobrze, że mam
własną: ta stara suka namówiła ojca na taki wielki dom, by każdy pokój
miał swoje pomieszczenie do sikania i mycia. O, jest jakiś plus tej
cholernej sytuacji!
Kontrolnie rzuciłam
okiem na swoje spojrzenie w lustrze. Z całą pewnością koszmar o
posiadaniu jednej brwi nie miał odzwierciedlenia w normalnym świecie.
Uff. Za to wyglądałam jak siedem nieszczęść, dobrze, że nie poszłam do
szkoły. Zresztą, nawet bym nie wstała.
Krokiem osoby po
wielkich przejściach zeszłam na dół, po schodach, które jeszcze niedawno
były moim wrogiem. Najmniejszy hałas odbijał się echem po mojej jakoś
pustej głowie, wpadając na bezwładne strzępki myśli i zakłócając
rozumowanie jako takie.
To nie tak, że ja i kac
się nie znaliśmy, co to to nie. Jesteśmy ze sobą nawet na ty, po prostu
czasami mam wrażenie, że każdy kac przeżywam na nowo pierwszy raz. Mogę się najebać w czterdzieści dup albo wypić tylko shota, a łeb boli tak samo... bardzo mocno.
Denerwujące uczucie.
W kuchni znalazłam
tabletki na ból głowy w górnej szafce koło lodówki. Wyjęłam także sok
pomidorowy, krzywiąc się na samą myśl o jego wypiciu, jednakże zawsze
niezawodnie pomagał. On i herbata z cytryną. Cytrynę wraz z miodem mi
wyżarli, został sok. Oraz słodzona woda, bleh. Wlałam to czerwone coś do
wysokiej szklanki, po czym (zatykając nos) wypiłam połowę za jednym
zamachem. Żołądek zaprotestował gwałtownie i, cóż mówić, dobrze, że obok
był zlew, bo od razu zwróciłam to coś. Za szybko pomyślałam niemrawo. Zjem tosta albo co, a potem małymi łyczkami to gówno.
Toster był oczywiście
znów zepsuty. Z pieczywa były tylko zaschnięta bułka oraz świeży
pseudopolski chleb. Tylko taki jadł tata, dzięki swoim znajomością
potrafił załatwić sobie niezłą podróbę, jak to mawiał. Nie
lubiłam tego czegoś, było za bardzo zbite. Zrezygnowana sięgnęłam po
bułkę, i już miałam się w nią wgryźć, gdy po domu rozszedł się dzwonek.
Rany, która godzina?
Dziewiąta? Spojrzałam na zegarek. Jak to druga po południu?! Poprawiłam
krótką koszulkę z Myszką Miki i czarne bokserki taty (uwielbiam męskie
bokserki), po czym królewskim krokiem podeszłam do drzwi, poprawiając
przy okazji włosy. Bez patrzenia otworzyłam.
Na schodach stał Harry.
Zamurowało mnie.
- Emm, cześć Steph... - zaczął niepewnie ale mu przerwałam:
- Co ty tu robisz? Skąd
wiesz gdzie mieszkam? - zapytałam nerwowo, dostrzegając przy okazji, że
małpia czupryna ubrany jest w zajebiste czarne rurki (czemu ma lepsze
nogi ode mnie?!) i czarny podkoszulek chyba, a na to ciemnogranatowa
koszula w białe grochy. - Wyglądasz cokolwiek idiotycznie - dodałam,
odpędzajac myśli o zdarciu z niego tych ubrań.
- Mieszkam na przeciw
ciebie. - Nie zwrócił uwagi na przytyk. Uśmiechnął się, ukazując śliczne
dołeczki i wskazał kciukiem za siebie. - Tą wypasioną chatę kupiła
jakiś miesiąc temu moja mama.
- A-ha... - Odpłynęłam trochę, dostrzegając kawałek tatuażu to jaskółka? dzięki głębokiemu wycięciu. - Ale czemu tu jesteś?
- Martwiłem się o
ciebie. - ZARAZ CO?! - Nie było cię w szkole. Przyniosłem ci angielski,
resztę będziesz musiała spisać od koleżanek.
- Ty... się... o mnie... martwiłeś? - zapytałam omieniała. - Nikt... nigdy...
Patrzyłam na niego
oczami wielkości spodków od filiżanek, jak nie półmisków, a on wiercił
się nerwowo w miejscu. Zauważyłam, że jak się denerwuje, to ciągnie za
włoski na karku.
- To może wejdziesz? - zapytałam słabym głosem, bo przypomniało mi się, jak wyglądam. I że kac nie odpuścił.
- Nie, muszę wracać do domu. Trzymaj. - Wcisnął mi do rąk jakieś kartki. - Do jutra!
Przebiegł przez ulicę i tyle go widziałam.
Przez jakieś dziesięć
minut stałam oniemiała, z zeszytem w dłoniach. Moje skamieniałe serce,
przykryte troskliwie jeszcze wygasłym popiołem, zaczynało się budzić i
jakby... trzepotać? Przyszedł tu specjalnie dla mnie. Potrząsnęłam głową. Pewnie był po prostu uczynny.
Tak, na pewno to.
Serce znów zamarło, i dobrze.
***
Bułkę udało się zjeść,
bo zamaczałam ją co chwilę w wodzie. Popijałam ją obrzydliwym sokiem
pomidorowym, jedynym lekiem w tym domu, bowiem tabletki okazały się być
po terminie ważności. Westchnęłam ciężko, siedząc przy blacie na barowym
stołku. Zeszyt leżał poza zasięgiem wzroku, ale ja wiedziałam, gdzie
jest i moje myśli wciąż biegły do jego właściciela.
Ciekawe, co w końcu z tą jego dziewczyną. Jest, czy jej nie ma.
Powoli wstałam i
zostawiając burdel w kuchni udałam się do łazienki. Zmieniłam
obrzydliwie pachnącą podpaskę na świeżą, wzięłam letni prysznic, umyłam
zęby, wyszczotkowałam włosy. W pokoju przebrałam się z piżamy w rybaczki
i T-shirtem w czerwone pasy. Ogarnęłam jakoś tą moją norę, chowając
resztę ciuchów do szuflad. Dzwoniąca w uszach cisza strasznie mnie
denerwowała, ale mimo to nie zaczęłam nucić, bo jeszcze mój słuch
muzyczny całkiem nie znikł, nie znoszę fałszu. Gwizdałam więc jakieś
hity, niemrawo chowając pościel.
Gdy mój pokój wyglądał
już jako tako, sięgnęłam po torebkę z kluczami, portfelem i innymi
duperelami. Musiałam iść na zakupy. Przede wszystkim do apteki, potem
może do jakiegoś spożywczaka. Przydałoby się także uzupełnić zapasy Red
Bulla i whiskey w mojej podręcznej lodóweczce. Tak, to jest myśl, genialna myśl, Stephanie.
Nasze osiedle było
raczej z tych spokojniejszych. Na każdą imprezę musiałam dojeżdżać.
Małe, skromne jednorodzinne domki tworzyły równe rzędy przy
jednokierunkowych* ulicach. Spacerkiem można było dojść do małego
skwerku, który otoczony był przeróżnymi sklepami - w których każdy był z
każdym na ty. Najśmieszniejszy był wielki, kompletnie nie
pasujący do okolicy budynek TESCO. Cieszył się jednak mniejszą
popularnością, za to był źródłem pracy dla zdesperowanych nastolatków.
Takich jak Caro czy Johnny.
Tutejsza aptekarka znała
mnie z widzenia, jako dziewczynę kupującą tabletki antykoncepcyjne. Od
kiedy jednemu gościowi pękła prezerwatywa, wolę mieć jednak pewność, że
przy najmniej ja się dokładnie zabezpieczam. Pamiętam to przerażenie,
gdy czekałam na okres, bo wstydziłam się kupić test ciążowy. Dzisiaj
pewnie nie miałabym takich problemów... Jak to człowiek potrafi się
zmienić w niecałe trzy miesiące... Jeszcze w rok temu uczyłam się w
szkole w miarę dobrze. Jeszcze rok temu byłam dziewicą i abstynentką
pierwotną**. Czasami wydaje mi się to być tak dawno...
Pani Rosemoore bez słowa
podała mi kolorowe pudełko z lekami przeciwbólowymi. Popatrzyła na mnie
współczująco. Ta to się wyszalała w życiu: hipiska, dziecko kwiatów i
takie tam. Ćpała jak głupia i nadal to robi. Myśli, że nikt nie wie. Jak
jej mąż od siedmiu boleści jeszcze żył, to mniej kupowała, teraz leci
jakby na rezerwie. Ma około czterdziestki, a wygląda na
osiedziesięciolatkę. Dlatego wolę nie zapoznawac się bliżej z
narkotykami.
Po wizycie w aptece
udałam się do najbliższego supermarketu. Mechanicznymi ruchami wkładałam
do koszyka jakieś zupki chińskie, mrożonki, oczywiście mleko,
energetyki, snickersy. Ostatnio skombinowałam do swojego pokoju
elekryczną kuchenkę z jedną fajerką - palnikiem. Wystarczyło zabrać
z dołu jeden garnek i patelnię, i mogłam żyć na własną rękę, bez tych
okropnych dań macochy. Moja prowizoryczna kuchnia mieściła się w kącie
pokoju, przy oknie. Jedna miska, jeden kubek, jeden talerz, jeden
widelec, jedna łyżka - wszystko myłam łazience. Strajk trwał od ślubu
taty z Emmą. I nie miałam zamiaru ustąpić. Postaram się wytrwać do
dwudziestych pierwszych urodzin, potem rozpłynę się w powietrzu. W końcu
jestem dziwką i alkoholiczką. Przynoszę wstyd rodzinie.
To takie okropne.
Jestem taka zła.
Tak niewiarygodnie zła.
Prychnęłam pod nosem,
gdy przypomniałam sobie wyraz twarzy Emmy po znalezieniu przez nią
zużytego kondoma. Smakowego kondoma. Smakowego kondoma w rozmiarze SUPER
EXTRA LARGE. Wtedy jeszcze wchodziła do mojego pokoju, teraz zamykam go
na klucz. Stara hipokrytka.
Po krótkim zastanawieniu
doszłam do wniosku, że wezmę jakieś pieczywo. Rozkojarzona sięgnęłam po
kejzerki. Czerstwe. Super. Będę żyć na grzankach...
***
Następnego dnia także
nie poszłam do szkoły. Udawałam, że nie słyszę dyskretnego pukania Aby,
czy walenia taty. Gapiłam się tępo na sufit, rozmyślając o sensie życia.
A konkretnie to mojego.
- Czuję się jak jakaś
taksówka - mówiłam do miśka. - Albo nie, o taksówki dba ich kierowca. Ja
nie mam kierowcy. Jestem jak jakiś autobus, metro. Wsiadają do mnie
tłumami, brudzą, wykorzystują i zmieniają środek transportu.
Dziwka, dziwka, dziwka, dziwka...
Wstałam odrętwiała.
Otworzyłam lodóweczkę i wypiłam spory łyk Red Bulla. Zdawałam sobie
sprawę, że ta depresja nawiedza mnie, bo mam okres, ale nie chciałam
tych myśli. Tak bardzo przypominały starą mnie.
Wyjrzałam za okno. Harry
akurat zeskakiwał ze schodów. Nie rozumiem, skąd u niego tyle energii,
skoro już czuć było w powietrzu nadchodzący upał, powtórki ze wczoraj.
Wiszące, gorące powietrze nie dawało w ogóle spać. Ledwo oddychałam w
nocy, piżama przyklejała mi się do spoconego ciała. W całym domu były
poustawiane wentylatory, które gówno dawały.
Uroki Alabamy.
¤¤¤
*:3
**abstynent pierwotny to
osoba, która nigdy nie piła alkoholu :) natomiast abstynent wtórny to
osoba, która w przeszłości piła, ale przestała. via Wikipedia :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz