sobota, 14 maja 2016

Rozdział czwarty.

Szkoda, że zapomniałam wczoraj o jednej małej, tyciej rzeczy.
Że dziś jest poniedziałek.
Piłam sobie spokojnie whiskey do około drugiej nad ranem. Oczywiście, trzy razy (a może cztery..?) schodziłam na dół, coraz bardziej się chwiejąc. Zachowywałam jednak spokój, jedyne czego pragnę, to znów awantura z kobietą, której wykrzyczę w twarz: 'PIEPRZ SIĘ SUKO NIE JESTEŚ MOJĄ MATKĄ I NIE MASZ PRAWA MU ROZKAZYWAĆ!', a ona odwrzaśnie: :'MAM TO W DUPIE JESTEM TWOJĄ OPIEKUNKĄ PRAWNĄ DZIWKO I CHOĆ CI SIĘ TO NIE PODOBA MOGĘ CO ROZKAZYWAĆ...!'. Tylko nie przy tatusiu.
Za ostatnim - czwartym, piątym, szóstym? - razem schody postanowiły się ze mną pobawić w berka. Co rusz uciekały - to w prawo, to w lewo. Kurczowo trzymałam się poręczy i ściskając karafkę. Jeszcze mi się wyleje! Gdy do gardła zaczęła podchodzić żółć, wiedziałam, że muszę działać szybko. Stawiając długie kroki, szybko dotarłam do pokoju, zanim choroba morska przejęła nade mną kontrolę.
Rzygowiny były żółte, śmierdzące i wodniste. Otarłam usta z obrzydzeniem, po czym siadłam na kiblu. Zdecydowanie za dużo płynu się zadomowiło w moim pęcherzu. Ugh. Zgarnęłam alkohol z podłogi, gdzie postawiłam ją zanim zwymiotowałam, po czym udałam się do łóżka. Bez przebierania się zasnęłam.
Oczywiście, genialna Steph nie zasłoniła rolet, dlatego około szóstej obudziło mnie słońce. Genialna skacowana Steph przypomniała sobie, że jej pokój ma okna na wschód. Oczywiście, nie poszła do szkoły. Zakopała się w pościeli, byle dalej od złego światła.
Gdy około dziewiątej - chyba - rozbudziłam się nieco, poszłam do łazienki. Jak dobrze, że mam własną: ta stara suka namówiła ojca na taki wielki dom, by każdy pokój miał swoje pomieszczenie do sikania i mycia. O, jest jakiś plus tej cholernej sytuacji!
Kontrolnie rzuciłam okiem na swoje spojrzenie w lustrze. Z całą pewnością koszmar o posiadaniu jednej brwi nie miał odzwierciedlenia w normalnym świecie. Uff. Za to wyglądałam jak siedem nieszczęść, dobrze, że nie poszłam do szkoły. Zresztą, nawet bym nie wstała.
Krokiem osoby po wielkich przejściach zeszłam na dół, po schodach, które jeszcze niedawno były moim wrogiem. Najmniejszy hałas odbijał się echem po mojej jakoś pustej głowie, wpadając na bezwładne strzępki myśli i zakłócając rozumowanie jako takie.
To nie tak, że ja i kac się nie znaliśmy, co to to nie. Jesteśmy ze sobą nawet na ty, po prostu czasami mam wrażenie, że każdy kac przeżywam na nowo pierwszy raz. Mogę się najebać w czterdzieści dup albo wypić tylko shota, a łeb boli tak samo... bardzo mocno.
Denerwujące uczucie.
W kuchni znalazłam tabletki na ból głowy w górnej szafce koło lodówki. Wyjęłam także sok pomidorowy, krzywiąc się na samą myśl o jego wypiciu, jednakże zawsze niezawodnie pomagał. On i herbata z cytryną. Cytrynę wraz z miodem mi wyżarli, został sok. Oraz słodzona woda, bleh. Wlałam to czerwone coś do wysokiej szklanki, po czym (zatykając nos) wypiłam połowę za jednym zamachem. Żołądek zaprotestował gwałtownie i, cóż mówić, dobrze, że obok był zlew, bo od razu zwróciłam to coś. Za szybko pomyślałam niemrawo. Zjem tosta albo co, a potem małymi łyczkami to gówno.
Toster był oczywiście znów zepsuty. Z pieczywa były tylko zaschnięta bułka oraz świeży pseudopolski chleb. Tylko taki jadł tata, dzięki swoim znajomością potrafił załatwić sobie niezłą podróbę, jak to mawiał. Nie lubiłam tego czegoś, było za bardzo zbite. Zrezygnowana sięgnęłam po bułkę, i już miałam się w nią wgryźć, gdy po domu rozszedł się dzwonek.
Rany, która godzina? Dziewiąta? Spojrzałam na zegarek. Jak to druga po południu?! Poprawiłam krótką koszulkę z Myszką Miki i czarne bokserki taty (uwielbiam męskie bokserki), po czym królewskim krokiem podeszłam do drzwi, poprawiając przy okazji włosy. Bez patrzenia otworzyłam.
Na schodach stał Harry.
Zamurowało mnie.
- Emm, cześć Steph... - zaczął niepewnie ale mu przerwałam:
- Co ty tu robisz? Skąd wiesz gdzie mieszkam? - zapytałam nerwowo, dostrzegając przy okazji, że małpia czupryna ubrany jest w zajebiste czarne rurki (czemu ma lepsze nogi ode mnie?!) i czarny podkoszulek chyba, a na to ciemnogranatowa koszula w białe grochy. - Wyglądasz cokolwiek idiotycznie - dodałam, odpędzajac myśli o zdarciu z niego tych ubrań.
- Mieszkam na przeciw ciebie. - Nie zwrócił uwagi na przytyk. Uśmiechnął się, ukazując śliczne dołeczki i wskazał kciukiem za siebie. - Tą wypasioną chatę kupiła jakiś miesiąc temu moja mama.
- A-ha... - Odpłynęłam trochę, dostrzegając kawałek tatuażu to jaskółka? dzięki głębokiemu wycięciu. - Ale czemu tu jesteś?
- Martwiłem się o ciebie. - ZARAZ CO?! - Nie było cię w szkole. Przyniosłem ci angielski, resztę będziesz musiała spisać od koleżanek.
- Ty... się... o mnie... martwiłeś? - zapytałam omieniała. - Nikt... nigdy...
Patrzyłam na niego oczami wielkości spodków od filiżanek, jak nie półmisków, a on wiercił się nerwowo w miejscu. Zauważyłam, że jak się denerwuje, to ciągnie za włoski na karku.
- To może wejdziesz? - zapytałam słabym głosem, bo przypomniało mi się, jak wyglądam. I że kac nie odpuścił.
- Nie, muszę wracać do domu. Trzymaj. - Wcisnął mi do rąk jakieś kartki. - Do jutra!
Przebiegł przez ulicę i tyle go widziałam.
Przez jakieś dziesięć minut stałam oniemiała, z zeszytem w dłoniach. Moje skamieniałe serce, przykryte troskliwie jeszcze wygasłym popiołem, zaczynało się budzić i jakby... trzepotać? Przyszedł tu specjalnie dla mnie. Potrząsnęłam głową. Pewnie był po prostu uczynny.
Tak, na pewno to.
 Serce znów zamarło, i dobrze.

***

Bułkę udało się zjeść, bo zamaczałam ją co chwilę w wodzie. Popijałam ją obrzydliwym sokiem pomidorowym, jedynym lekiem w tym domu, bowiem tabletki okazały się być po terminie ważności. Westchnęłam ciężko, siedząc przy blacie na barowym stołku. Zeszyt leżał poza zasięgiem wzroku, ale ja wiedziałam, gdzie jest i moje myśli wciąż biegły do jego właściciela.
Ciekawe, co w końcu z tą jego dziewczyną. Jest, czy jej nie ma.
Powoli wstałam i zostawiając burdel w kuchni udałam się do łazienki. Zmieniłam obrzydliwie pachnącą podpaskę na świeżą, wzięłam letni prysznic, umyłam zęby, wyszczotkowałam włosy. W pokoju przebrałam się z piżamy w rybaczki i T-shirtem w czerwone pasy. Ogarnęłam jakoś tą moją norę, chowając resztę ciuchów do szuflad. Dzwoniąca w uszach cisza strasznie mnie denerwowała, ale mimo to nie zaczęłam nucić, bo jeszcze mój słuch muzyczny całkiem nie znikł, nie znoszę fałszu. Gwizdałam więc jakieś hity, niemrawo chowając pościel.
Gdy mój pokój wyglądał już jako tako, sięgnęłam po torebkę z kluczami, portfelem i innymi duperelami. Musiałam iść na zakupy. Przede wszystkim do apteki, potem może do jakiegoś spożywczaka. Przydałoby się także uzupełnić zapasy Red Bulla i whiskey w mojej podręcznej lodóweczce. Tak, to jest myśl, genialna myśl, Stephanie.
Nasze osiedle było raczej z tych spokojniejszych. Na każdą imprezę musiałam dojeżdżać. Małe, skromne jednorodzinne domki tworzyły równe rzędy przy jednokierunkowych* ulicach. Spacerkiem można było dojść do małego skwerku, który otoczony był przeróżnymi sklepami - w których każdy był z każdym na ty. Najśmieszniejszy był wielki, kompletnie nie pasujący do okolicy budynek TESCO. Cieszył się jednak mniejszą popularnością, za to był źródłem pracy dla zdesperowanych nastolatków. Takich jak Caro czy Johnny.
Tutejsza aptekarka znała mnie z widzenia, jako dziewczynę kupującą tabletki antykoncepcyjne. Od kiedy jednemu gościowi pękła prezerwatywa, wolę mieć jednak pewność, że przy najmniej ja się dokładnie zabezpieczam. Pamiętam to przerażenie, gdy czekałam na okres, bo wstydziłam się kupić test ciążowy. Dzisiaj pewnie nie miałabym takich problemów... Jak to człowiek potrafi się zmienić w niecałe trzy miesiące... Jeszcze w rok temu uczyłam się w szkole w miarę dobrze. Jeszcze rok temu byłam dziewicą i abstynentką pierwotną**. Czasami wydaje mi się to być tak dawno...
Pani Rosemoore bez słowa podała mi kolorowe pudełko z lekami przeciwbólowymi. Popatrzyła na mnie współczująco. Ta to się wyszalała w życiu: hipiska, dziecko kwiatów i takie tam. Ćpała jak głupia i nadal to robi. Myśli, że nikt nie wie. Jak jej mąż od siedmiu boleści jeszcze żył, to mniej kupowała, teraz leci jakby na rezerwie. Ma około czterdziestki, a wygląda na osiedziesięciolatkę. Dlatego wolę nie zapoznawac się bliżej z narkotykami.
Po wizycie w aptece udałam się do najbliższego supermarketu. Mechanicznymi ruchami wkładałam do koszyka jakieś zupki chińskie, mrożonki, oczywiście mleko, energetyki, snickersy. Ostatnio skombinowałam do swojego pokoju elekryczną kuchenkę z jedną fajerką - palnikiem. Wystarczyło zabrać z dołu jeden garnek i patelnię, i mogłam żyć na własną rękę, bez tych okropnych dań macochy. Moja prowizoryczna kuchnia mieściła się w kącie pokoju, przy oknie. Jedna miska, jeden kubek, jeden talerz, jeden widelec, jedna łyżka - wszystko myłam łazience. Strajk trwał od ślubu taty z Emmą. I nie miałam zamiaru ustąpić. Postaram się wytrwać do dwudziestych pierwszych urodzin, potem rozpłynę się w powietrzu. W końcu jestem dziwką i alkoholiczką. Przynoszę wstyd rodzinie.
To takie okropne.
Jestem taka zła.
Tak niewiarygodnie zła.
Prychnęłam pod nosem, gdy przypomniałam sobie wyraz twarzy Emmy po znalezieniu przez nią zużytego kondoma. Smakowego kondoma. Smakowego kondoma w rozmiarze SUPER EXTRA LARGE. Wtedy jeszcze wchodziła do mojego pokoju, teraz zamykam go na klucz. Stara hipokrytka.
Po krótkim zastanawieniu doszłam do wniosku, że wezmę jakieś pieczywo. Rozkojarzona sięgnęłam po kejzerki. Czerstwe. Super. Będę żyć na grzankach...

***

Następnego dnia także nie poszłam do szkoły. Udawałam, że nie słyszę dyskretnego pukania Aby, czy walenia taty. Gapiłam się tępo na sufit, rozmyślając o sensie życia. A konkretnie to mojego.
- Czuję się jak jakaś taksówka - mówiłam do miśka. - Albo nie, o taksówki dba ich kierowca. Ja nie mam kierowcy. Jestem jak jakiś autobus, metro. Wsiadają do mnie tłumami, brudzą, wykorzystują i zmieniają środek transportu.
Dziwka, dziwka, dziwka, dziwka...
Wstałam odrętwiała. Otworzyłam lodóweczkę i wypiłam spory łyk Red Bulla. Zdawałam sobie sprawę, że ta depresja nawiedza mnie, bo mam okres, ale nie chciałam tych myśli. Tak bardzo przypominały starą mnie.
Wyjrzałam za okno. Harry akurat zeskakiwał ze schodów. Nie rozumiem, skąd u niego tyle energii, skoro już czuć było w powietrzu nadchodzący upał, powtórki ze wczoraj. Wiszące, gorące powietrze nie dawało w ogóle spać. Ledwo oddychałam w nocy, piżama przyklejała mi się do spoconego ciała. W całym domu były poustawiane wentylatory, które gówno dawały.
Uroki Alabamy.

¤¤¤
*:3
**abstynent pierwotny to osoba, która nigdy nie piła alkoholu :) natomiast abstynent wtórny to osoba, która w przeszłości piła, ale przestała. via Wikipedia :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz