sobota, 14 maja 2016

Rozdział piętnasty.

Dobrze, że w drodze do domu nie zatrzymała nas policja. Na pewno dostałybyśmy opieprz za jazdę bez kasku i po pijanemu. Zwłaszcza to drugie. Bo gdy chuhnęłam na rękę, niemal zakręciło mi się w głowie od ilości procentów w wydychanym powietrzu. Dla pewności umyłam zęby trzy razy, a gdy skończyłam się odświeżać, wcisnęłam do buzi dwa listki gumy miętowej. Potem zbiegłam po schodach, bo na dole czekała już zniecierpliwiona Abigail.
- Kupujemy jakieś gówno, dajemy kulturalnie i wracamy spać - powiedziała, pocierając kark. - Idziemy na piechotę?! - zawołała oburzona, gdy minęłyśmy mój ukochany pojazd.
- No.
- Jak to?! Jestem na kacu, nie wytrzymam!
- Ja też, i żyję. Nie będę ryzykować rozbicia mojego słoneczka.
Wywróciła oczami, zauważyłam to kątem oka, ale żadna z nas nic nie powiedziała. Nie miałam zamiaru się z nią kłócić, bo tępy ból głowy znów powrócił. Potrafiłam być czasami naprawdę wredna, ale w tym stanie riposty będą się pojawiać w opóźnionym tępie, a tego nie mogłam ryzykować. Chociaż siostra też była raczej niedysponowana.
- To co jej kupimy? - spytała marudnie, gdy czekałyśmy w kolejce. Postanowiłam kupić w najbliżeszej aptece - tak, tej od tej ćpunki - leki przeciwbólowe, bo do domu wpadłyśmy tylko na minutkę, by się przebrać i takie tam.
- Jakiegoś duperela - odparłam mrukliwie. - Może... kubek?
Aby ożywiła się widocznie, ciesząc się z tego bylejakiego pomysłu. (Jak to mówię do gości z małym kutasem: ważne, że jest). Chwyciła się go jak tonący brzytwy.
- Tak, tak, tak, kupmy jej kubek i do tego bombonierkę, a potem SPAĆ - powiedziała z naciskiem, podkreślając ostatnie słowo.
Wyjątkowo się z nią zgodziłam.
W końcu natknęłyśmy się na sklep z duperelami, jak to określiłam. Od chuja tych wszystkich soli do kąpieli, skrzyneczek nie-skrzyneczek, obrazków, plakatów, ram na obrazki, ram na plakaty, długopisów z dziwnymi napisami, okularów przeciwsłonecznych... można tak wymieniać wnieskończoność. Zgodnie skierowałyśmy sie do kubków i już po chwili w oko wpadł nam okaz idealny: prosty, biały, nie za duży, ale za to... z napisem THERE'S A CHANCE THIS IS VODKA. Jak tylko go zobaczyłam, wiedziałam, że Ellie przypadnie do gustu.
Spełnione duchowo ruszyłyśmy w stronę jedynę kasy. Got za ladą leniwie żuł gumę, tak głośno, że odruchowo zaczęłam mlaskać z otwartą buzią przy przeżuwaniu. Chłopak złapał haczyk, po chwili w sklepie było słychać tylko ciamkanie. Potem spojrzeliśmy na siebie czujnie i... wybuchnęliśmy zgodnie śmiechem. Gostek owijając kubek ozdobnym papierem (Aby prosiła), ocierał łzy z kącików oczu. Dobrze, że w sklepie byłyśmy tylko my, to dopiero byłby pokaz dojrzałości dzisiejszych młodzieży. Jedynym widzem tego spektaklu była Aby, patrząca na nas (na mnie) z potępieniem.
- Uważaj, bo kredka ci się tu rozmazała - zagadnęłam pogodnie, po czym zaczęłam się śmiać, bo w niewiarygodnym tempie wyciągnął z tylnej kieszeni telefon i się w nim przejrzał. Posłał mi po chwili przeszywająco mroczne spojrzenie lodowatobłękitnych tęczówek. - A, i gdzie kupiłeś soczewki?
- Na eBayu - odpowiedział niechętnie.
- Zajebiście wyglądasz - pochwaliłam. Gość schylił głowę, zasłaniając twarz włosami i wracając do pakowania. Może się zarumienił..?
- Steph, flirciaro, zostaw biedaka - wtrąciła się bezczelnie Aby.
- Ale patrz, jaki on przystojny! - zawołałam obłudnie. - Chyba przetłuszczone włosy, krzywo pomalowane oczy... - Zamruczałam jak kotka przy głaskaniu główki.
- Krzywo? - przeraził się got. - Jest okej, sprawdzałem kilka razy... - Po chwili ogarnął, że sobie jaj robię (znowu). - Cztery dolary - wymamrotał pod nosem, jeszcze bardziej się schylając. 
Z uśmiechem na ustach sięgnęłam do tylnej kieszeni po banknot pięciodolarowy oraz kredkę. Szybko napisałam na ladzie mój numer telefonu. Cholera, czubek był za miękki do pisania (wiem, że to oczywiste), będę musiała go natemperować. Potem, spod rzęs patrząc na oniemiałego faceta, położyłam na ladzie pięciodolarówkę.
- Reszta dla ciebie, tylko zadzwoń kiedyś, fajny jesteś, milutki - rzuciłam na odchodne i już nas nie było.

***
 
Zgodnie stwierdziłyśmy, że Ellie mimo skończonej osiemnastki nie zasługuje na bombonierkę. Kupiłyśmy po prostu większą czekoladę w Tesco, niech się cieszy z tego.
Do domu Devon (od.aut. uwierzycie, że nie mogłam sobie przypomnieć nazwiska Ellie? xD #onlyme) można było przejść skrótem od sklepu przez park. Tak, wiem, to miejsce ciągle jest skrótem, ale w końcu położone jest prawie na środku miasta, trudno, żeby nie było. Wręcz samo się o to prosi, no nie?
No, może nie na środku miasta, ale tak zwanego mojego rewiru.
- Myślisz, że jej się spodoba? - zapytała Aby, gdy siedziałyśmy na ławce, wygrzewając się w słońcu. Postanowiłyśmy sobie ciutkę odetchąć, bo od dwóch godzin byłyśmy na nogach. W dodatku na tym cholernym kacu!
- Szczerze, to gówno mnie to obchodzi. - Westchnęłam i zamknęłam oczy, starawszy się o niczym nie myśleć. - Na moją siedemnastkę kupiła mi wazon, więc wiesz... może się wypchać.
- Aha - mruknęła i już więcej się o nic nie pytała.
Siedziałyśmy sobie w ciszy, łapiąc ostatnie jesienne promienie. Zaczął się okres tornad i cały stan był w stanie gotowości, na razie jednak było spokojnie, Bogu dzięki. Jeszcze by mi się na głowę zwaliły fochy pogodowe.
Nagle poczułam dźgnięciem łokciem. Moje pełne oburzenia 'eej!' uciszył syk 'idzie twój kochaś, chyba się kłóci z kimś... udawaj, że śpisz!'
Jak dobrze, że wzięłam okulary przeciwsłoneczne. Oparłam się wygodnie i w miarę dyskretnie, nie ruszając głową, rozejrzałam się po okolicy. Faktycznie, ścieżką, przy której stała nasza łąwak, szedł mój kochaś, przybliżając się coraz bardziej. Bardzo szybko zresztą, mocno też tupał nogami. W przekonaniu, że jest wkurzony, utwierdziło mnie spotrzeżenie, że ma zmarszczone brwi i... ciągnie włoski rosnące na karku. Tak, pamiętam takie małe cholerne szczegóły i je zapamiętuję, tak wiem, jestem popierdolona. Po prostu... to słodkie, że on nawija na palce. Serio!
- A-ale, nnie to ty... ja nic nie pamiętam! Tak, serio! N-naprawdę! Ona pewnie... na-pra-wdę! Ale dlaczego mi nie wie... Nie, to ty słuchaj! Dobrze wiesz, że według mnie w związku ważna jest wierność i zaufa... Nie przerywaj mi, chcę ci coś... Kendall! Proszę cię, daj sobie wytłumaczyć! Ja nic... to była impreza z taką ilością alkoholu... Jak mogłem nie pić! Ty i matka przyprawiacie mnie o ból głowy, musiałem odrea... Daj spokój, ciągle byście się tylko kłóciły, a potem mam wybierać, tak?! - ściszył trochę, bo zorietował się, koło kogo przechodzi. W jego głosie usłyszałm twardą nutę. - Na trzeżwo nigd... Kendall! Słońce proszę... naprawdę chcesz to skończyć w taki sposób?! Porozmawiajmy! - mówił z coraz większą desperacją w głosie. - Ja naprawdę nic... halo? Halo!
Tupanie ucichło. Usłyszałam westchnienie, a potem ciche łup!, gdy Harry rzucił telefonem.
- Zadowolona? - rzucił kpiąco.
Wiedziałam, że to było do mnie, toteż nie udawałam dalej, że śpię. Z godnością odsunęłam okulary na włosy i wstałam.
- Dlaczego miałabym być zadowolona?
- To możę ja już pójdę - wymamrotała cichutko Aby, ale oboje mieliśmy ją gdzieś. Zabrała szybko prezent i oddaliła się. Zostaliśmy sami.
 - No błagam cię... nie lubiłaś jej nawet zanim ją poznałaś.
- Ja? Niby dlaczego?
- A bo ja wiem? - zawołał nagle i złapał się za włosy, ciągnąc je. - Żaden facet nigdy do końca nie wie, o co chodzi babom! Chociaż kilka moch znajomych wysnuło teorię, że jesteś po prostu mściwa i zazdrosna o szczęście.
- Że co? Pierdol się!
- Aha! Ja tylko ci brakuje argumentów, zaczynasz rzucać przekleństwami!
- Nawet jeśli, to o z tego?! - Kilka osób, które nas mijały, rzucały nam dziwne spojrzenia, ale my mieliśmy to w dupie. Cały czas krzyczeliśmy do siebie, chociaż między nami było tylko kilka jardów. - A ty czemu rzucasz jakimiś bezpodstawnymi oskarżeniami?!
Zaśmiał się mrocznie. Był tak niepodobny do jego normalnego, pełnego radości śmiechu, że aż zadrżałam.
- Zbierałem opinię wielu ludzi na twój temat, bo chciałem ci pomóc! Ale skoro twoja... wredota dotknęła nawet mnie, teraz w tej chwilę oficjalnie daję sobie spokój!
- Że co przepraszam?! Za kogo ty się w ogóle masz czy miałeś?! Nie potrzebuję jakieś cholernego nawróciciela!
- Chciałem ci pomóc! Ale teraz nie mam ochoty nawet na ciebie patrzeć! Zrujnowałaś mi wczoraj życie! Tak cholernie po prostu!
- Ja?! TOBIE?! - wrzasnęłam jak opętana, wręcz pijana złością. - JA TOBIE ZNISZCZYŁAM ŻYCIE?! TO WSZYSTKO TWOJA WINA!
- Przez ciebie ona nie chce mnie znać! - odkrzyczał wściekły. - Straciłem osobę, którą kochałem!
- Przez ciebie się zakochałam! - odpowiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć. Nagle, czerwona jak burak zatkałam sobie usta.
Patrzyliśmy na siebie chwilę, ja na niego ze wściekłością i... czułością, on na mnie z niedowierzaniem w szarozielonych oczach.
- J-ja... nie wierzę ci! Byłem tylko miły!
- To chyba nie wziąłeś pod uwagę, że dla mnie nikt, powtarzam nikt nie jest miły bezinteresownie! - zawołałam. Czułam, jak do oczu napływają mi łzy. Zamrugałam szybko, nawet w takiej chwili martwiłam się o swój makijaż.
- A-ale... - wyraźnie zabrakło mu argumentów. Ale teraz to ja miałam swoją mowę, on już się wykrzyczał.
- Zamknij się! Wiesz, jak to jest żyć w rozbitej przez zdradę i alkohol rodzinie?! Nie! Gówno wiesz! Nie masz pojęcia, jak się żyje w świadomości, że jedyna osoba, która cię naprawdę kocha, to umierająca na raka mózgu matka! Żyć w świadomości, że powstałeś właściwie przez przypadek! I że całe życie ojciec zdradzał matkę z jaką żmiją! A potem wznosi toast za śmierć byłej żony! - Nie powstrzymywałam już łez. Miałam w dupie, jak wyglądam, że ludzie wokoło nas zaczynają przystawać i w milczeniu słuchać. - Myślisz, że dlaczego ciągle się upijałam? Jak każdy: aby zapomnieć, w jak chujowej sytuacji jestem! Mój jedyny przyjaciel mieszka w chuj daleko, wręcz na drugim końcu świata, a w dodatku zakochałam się w totalnie słodkim nieosiągalnym gościu! - Nagle, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki emocje opadły.
Przerażona siłą własnego wyznania, zarumieniłam się jeszcze mocniej i odsunęłam się kilka kroków, z zamiarem odejścia. Wokoło stali ludzie, kilka starszych kobiet nawet wyciągnęłao chusteczki i... ocierały kąciki oczu. Nasza dwójka stała pośrodku kółka. Harry przyglądał mi się z niedowierzaniem. Po raz ostatni odezwała się we mnie Nutty. Zdecydowanym krokiem podeszłam do niego i delikatnie ucałowałam jego usta. Zesztywniał.
- Ale wiesz co? - zaczęłam cicho, z miłością. - Teraz... Teraz, to się pieprz. - Odeszłam od niego. - Zniknę, tak jak chcesz. Bo jeśli się kogoś kocha, to pragnie się tego kogoś szczęścia. A widać tylko moje odejście cię uszczęśliwi.
Nagle zerwałam się do biegu i zniknęłam w tłumie. Goniły mnie jeszcze oklaski, ale zagłuszył je mój szloch.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz