sobota, 14 maja 2016

Rozdział trzynasty.

Lekcje angielskiego straciły swój urok po 'zerwaniu'. Właściwie nie urok, tylko, hmm, nieco erotyczną atmosferę. Napięcie seksualne. Wyczułam to już we wtorek. Nie przeszkadzało mi to jednak. Ani trochę.
Siedziam całą lekcję wpatrzona dyskretnie w jeden punkt. Przeraziło mnie, z jaką łatwością popadłam hipnozę. Naprawdę i serio serio. Najgorsze było, że tym punktem była głowa Stylesa. Kontemplując jego słodkie loczki, zastanawiałam się, dlaczego chodzi z tą Kendall. Czy naprawdę ją kocha? Czy tylko siebie oszukuje, bo pragnie w życiu miłości..? Przypomniały mi się słowa pani Styles.
Ja się do niego wręcz po chamsku przystawiałam, a on... ma mnie za siostrę? Na samą myśl zrobiło mi się niedobrze. Co za.. typ! głupi czy... głupi?! Każdy facet to idiota, ale kurwa, co on... ślepy może?!
Ale jego włosy tak słodko... tak słodko układają się w nieład. Zwłaszcza z tyłu.
- Stephanie, mogłabyś powtórzyć, to, co przed chwilą powiedziałem?
Uniosłam głowę, powoli budząc się ze słodkiego otępienia. Niejasne czucie déjà vu natychmiast ogarnęło moją wyluzowaną dotąd duszę. Tylko, że Liam się nie uśmiechał. O, przepraszam - teraz pan Payne. Cała klasa zaciekawionym wzrokiem obserwowała moje 'przebudzenie', po klasie przebiegły śmieszki.
Bardzo mnie to zdenerwowało.
- Wolałabym teraz nie powtarzać tego nudnego wykładu, zwłaszcza, że powstrzymuję się przed rzyganiem. - Jak na zawołanie w żołądku zaczęło mnie jeszcze bardziej mulić. Wstałam nagle i biegu chwytając torbę wybiegłam z klasy, zatrzaskując za sobą drzwi.
Wyjście Smoka, brawo Steph.
Chwilę potem klęczałam przed brudnym kiblem (za co płacą tym cholernym sprzątaczkom?!). Zwymiotowałam i poczułam się naprawdę paskudnie. Trzęsącymi się rękami ledwo podpięłam włosy, a już dosłownie wyleciał ze mnie lunch. Czułam, jak moje ciało drży z wysiłku, pokrywa je zimny pot.
Nigdy nie byłam bulimiczką, wręcz przeciwnie - roszkosznym, pulchnym dzieckiem. Wymiotowałam tylko w wypadku chorób, a i wtedy nie zawsze. Nigdy nie mogłam przywyknąć do tego przykrego uczucia. Dlatego nie rozumiałam - nie rozumiem - bulimiczek. Bulimików. Cokolowiek. Chociaż wiem, że nie o to dokładnie chodzi.
Odczekałam chwilę, czując się wyjątkowo podle. Chciałam już wstać i przemyć twarz (dzięki Bogu miałam przy sobie paczkę gum do żucia), gdy torsje znów powaliły mnie na kolana. Tym razem z gardła (i z nosa...) nie wyleciały resztki jedzenia, tylko żółć z czerwonymi plamkami. Wyplułam tą gorzką ciecz i podparłam się na dłoniach, próbując złapać głębszy oddech. Gardło miałam strasznie zaciśnięte, nos podrażniony, brzuch bolał jakby mi wyrywano flaki. Potarłam ręce, na których włoski sterczały niczym żołnierze na baczność. W dodatku zaczęła boleć mnie głowa.
- Steph, jesteś tu? - W łazience rozległ się nosowy głos. No zajebiście, po prostu kurwa zajebiście.
- Nie kurwa, tam - warknęłam, patrząc z obrzydzeniem na resztki lunchu pływające w brudnej wodzie i czując, że coś zaciska mi się w gardle. Zamknęłam oczy. - Spierdalaj.
- Nie jestem tutaj, bo tak chciałam. - Zaczęło mnie telepać ze złości, gdy usłyszałam ten perfekcyjny brytyjski akcent, którym 'mówi królowa angielska!!!'. - Pan Payne mnie wysłał, żeby sprawdzić, czy serio wyrzygujesz swoje wnętrzności.
Zaczęłam powoli się podnosić, podpierając się ścian. Nie byłam skłonna zaufać moim nogom, które jakby straciły całe napięcie w mięśniach. Kolana miałam jak z waty.
- No to chodź - powiedziałam słabo, czując, jak kręci mi się w głowie. Czemu te ściany się chwieją? A może to ja? - Popatrz na tą niesmowicie barwną kopozycę, jaką utworzyły moje rzygi.
Ostatnie co pamiętam, to zniesmaczona twarz Lisbet, która pojawiła mi się przed oczami, gdy otworzyłam drzwi od kabiny.

***

Obudziły mnie głosy. Albo raczej jeden głos.
Pani Yellygum (serio tak się nazywała) słynęła w szkole ze swojego donośnego altu. Od razu można było się domyślić, że jest naprawdę energiczną kobietą, która wie, czego chce.
- Czemu od razu nie poszła do mnie, hmm? - mruczała pod nosem. - Czemu przyniosłeś ją dopiero teraz, hę?
To było po prostu kultowe. Zabrzmiało jak wystrzał z armaty. Niesamowite było, że każdy uczeń potrafił je zaparodiować, lepiej albo gorzej.
- Lisbet przyleciała po pomoc dopiero, gdy Stephie była nieprzytomna...
Tfu, jakie lamerskie zdrobnienie od mojego arystokratycznego imienia! Pasowało by raczej do jakiejś wiejskiej dziewuchy z piegowatą twarzą i rudymi włosami zaplecionymi w warkocze. Ja jestem Stephanie. Albo Steph! Imprezowa seksoholiczka i alkoholiczka Steph! A nie Stephie do jasnej kurwy.
Zastanowiłam się, czemu ten skrót mnie wkurzył.
Ah, ojciec tak do mnie mówił. I wszystko jasne.
- A ileś ty nią niosł, co?
- Chwilę, jest naprawdę lekka.
Nie mogąc znieść tego czczego gadania, otworzyłam nagle oczy i natychmiast tego pożałowałam. Nade mną bowiem pochylała się pielęgniarka. Nie było to dla mnie komfortowe, zwłaszcza, że... widziałam jej włosy w nosie. O-chy-da.
- O! - Pielęgniarka odsunęła się ode mnie i posłała uśmiech przepełniony ulgą. - żyje. Tylko strasznie ci jedzie z ust, słońce. Masz gumę do żucia?
- Oczywiście, że mam!
Gwałtownie wstałam i podparłam się na rękach. Tak jak się spodziewałam, leżałam na jednym z tych niewygodnych tapczanów lekarskich, przykrytych zielonym papierem.
- Okej, twój ojciec już po ciebie jedzie - powiedziała spokojnym tonem pielęgniarka. Potem jakby drgnęła i odwróciła się na pięcie. - Co ty tu jeszcze robisz, hę?
Ja także przeniosłam swój wzrok na Harry'ego. Widząc, jak jego twarz czerwienieje, moje serce jakby stopniało, a przez głowę przemknęła myśl, jak bardzo jest on słodki.
Kurwa, rzygam tęczą.
- J-ja... - Zaciął się.
- Ty nie jesteś tu potrzebny - przerwała mu bezlitośnie kobieta. - Idź sobie, na lekcje.
Z ponuro opuszczoną głową spełnił rozkaz. W drzwiach tylko posłał mi zatroskane spojrzenie (martwi się o siostrę) i wyszedł. Nagle poczułam się dużo gorzej, wspomnienia uderzyły z ogromną siłą, a żołądek zacisnął się boleśnie. W ustach nadal miałam gorzki posmak.
- Już... jedzie? - wyksztusiłam. - A kiedy... będzie?
- Do pięciu minut. Co wstajesz, leż, gdzie leżysz, bo znowu się porzygasz. O tak, oprzyj się o ścianę. Ślicznie. A teraz powiesz mi, co zjadłaś na lunch.
- Sałatkę. I piłam wodę.
- Czułaś, jakby coś z posiłkiem było nie w porządku? - Zebrała obfitą spódnicę i zasiadła majestatycznie przed biurkiem. - Dziwnie pachniało, smakowało?
Wzruszyłam ramionami. Kobieta westchnęła i zaczęła coś szybko pisać w dziwnym zeszycie.
Nie grzeszyła urodą. Jej okrągła jak księżyc twarz wydawała się niezbyt proporcjonaona - za długi nos, zbyt pełne, duże usta, zbyt głęboko osadzone oczy. Była tęga i niska, ale zawsze poruszała się nad wyraz zgrabnie. Długie rude włosy spinała w luźnego koka, który odejmował jej kilka lat. Najgorszy był jednak... wąsik czający się nad górną wargą.
Jak ona mogła z tym żyć?!
Siedziałyśmy tak chwilę w ciszy, podczas której starałam się dojść do siebie. W nosie ciągle mnie piekło, z każdym oddechem. Marzyłam od prysznicu i szczotce do zębów. Z pastą.
- Coś przyjechało - powiedziałam cicho.
Z mojego punktu obserwacyjnego miałam widok na okno, że tak powiem. Pielęgniarka zerknęła przez ramię.
- To chyba on, więc idź sobie. - Machnęła na mnie ręką. - Tylko powiedz, jak się nazywasz..?
- Stephanie Julie Fox-Lisowsky - wyrecytowałam posłusznie.
- Mam. Teraz idź już sobie. Najlepiej umów się na wizytę lekarską.

***

Wsiadłam do wozu ojca z mieszanymi uczuciami i głową pełną rozkmin, jak buzi gum do żucia.
- Coś się stało? - zapytałam, gdy zapięłam pasy, a twarz taty jeszcze bardziej spochmurniała.
Wyglądał, jakby był jednocześnie podekscytowany i zmartwiony.
- Tak. Ale o tym porozmawiamy w domu. Czeka ktoś na ciebie.

***

Niepewnie wysiadłam z samochodu, trzymając się kurczowo drzwi. Było mi niedobrze i jednocześnie brzuch bolał mnie z głodu. Ojciec nawet się mną nie zainteresował, tylko zamknął pojazd i wszedł do domu. Poszłam w jego ślady i już po chwili zdziwiłam się.
Otóż na kanapie siedział pan Parkour.
Naturalnie, zjawiał się on u nas zazwyczaj co miesiąc (chodź nie ostatnio), kiedy to dawał mi oraz ojcu 'kieszonkowe'. Oboje życzyliśmy sobie gotówki. Ale przecież to jeszcze nie był ten dzień. Wypadał za jakieś... dwa tygodnie?
Na raz wpadła mi do głowy straszna myśl.
Pan Parkour był prawnikiem mamy.
A jeśli teraz siedzi tu z ponurą miną...
- Nie - wyszeptałam. Prawnik usłyszał to jednak i podniósł się z kanapy. Jego milczący wzrok... mówił wszystko. - Nie... - dodałam głośniej.
- Tak - zaprzeczył ojciec, wyciągając jakiś alkohol, może brandy z barku. - Dosłownie pół godziny temu.
- C-co?! - wyksztusiłam, po czym nagle osłabły mi nogi i opadłam na kolana. - Nie, to nie może być prawda, nie... - uspokajałam sama siebie, chowając twarz w dłoniach. Cichy szloch wydarł się z moich ust.
- Wreszcie, wreszcie, wreszcie, nareszcie - podśpiewywał pod nosem ojciec. Z każdym słowem nienawidziłam go coraz kurwa bardziej. Coraz kurwa mocniej. - Trzymała się życia jak głupia, ale wreszcie dała sobie spokój. I dobrze.
Zacisnęłam pięści i syknęłam, bo zadrapałam twarz paznokciami.
- Nie mogłem się doczekać, i o to Bóg spełnił moje prośby. Trzeba to oblać! Napije się pan?
Naturalnie pytanie było skierowane do Parkour'a.
- Nie piję w pracy. - Brzmiała sucha odpowiedź.
- Nie to nie. - Ojciec nie bardzo się przejął. - Sam wypiję. Odeszła, w końcu!
Miarka się przebrała. Pokonałam słabość i jakoś wstałam, co w moim mniemaniu przebiło wejście na Himalaje. Podeszłam do dawcy nasienia, wyrwałam mu szklankę i cisnęłam przez pokój.
Zapadła cisza.
- Jak śmiesz - zaczęłam cicho. - Jak śmiesz tak wypowiadaç się o mojej matce. Jak śmiesz pić, bo odeszła po drugiej i pełnej bólu walce. Jak śmiesz, ty, mały człowieku! Ty podła szumowino, ta kobieta cię utrzymywała i spełniała twoje zachcianki nawet wtedy, gdy ją porzuciłeś w największej potrzebie! - wrzeszczałam. - JAK ŚMIESZ!
- Jak ty się do ojca odzywasz! - odwrzasnął. - Zero szacunku, ani teraz, ani nigdy!
- Tak mnie w końcu wychowałeś, prawda?! Ty podły chuju, nie zasługujesz na szacunek! - Kompletnie nie panując nad sobą, podniosłam dłoń i dałam mu z liścia.
Własnemu...
...ojcu.
Zapadła cisza. Na twarzy taty pojawił się czerwony ślad. On tylko jednak patrzył na mnie wściekle.
- Ty dziwko... - wysyczał. - Jeszcze się policzymy.
I najzwyczajniej w świecie wyszedł.
- Przepraszam, że musiał pan to oglądać. - Zdziwiłam się swoim spokojnym tonem, gdy odwróciłam się w stronę prawnika. - To takie upokarzające...
- Pani ojciec jest bardzo...
- ...niewdzięcznym chujem. - Westchnęłam. - Jak..?
- We śnie - odpowiedział natychmiast. - Polepszało się jej. Nawet zaczynaliśmy mieć nadzieję, ale... - Odchrząknął. - Pani Fox kazała przekazać to.
Podszedł do mnie i wręczył mi zwykłą kremową kopertę.
- Co to jest? - zapytałam słabo.
- List i... karta. Ostatnia... ostatnia wola pani Fox została spełniona od razu. Tak jak chciała.

***

Julie!
Prawdopodobnie, gdy to czytasz, mnie już nie ma.
Źle zaczęłam, ale chyba nie da się inaczej...
My , ludzie, zaczynany coś doceniać, gdy to coś zostanie nam odebrane. Zdrowie, życie. Spokój i szczęście. Tak naprawdę zbliżyłyśmy się do siebie dopiero, jak wykryto raka. Mimo to wiem, że to był najlepiej spędzony czas. I ty również.
Masz po mnie nie płakać. Zabraniam ci. Nie zasługuję na to. Masz być szczęśliwa, uśmiechać się każdego dnia. Masz się z a k o c h a ć. Ja będę czuwać nad tobą. Daj Bóg.
W kopercie powinna znajdować się karta. Zaraz po moim odejściu zostaną przelane pieniądze na specjalne konto: twoje konto.
Możesz z nich korzystać nie będąc pełnoletnia. Przyda ci się na zakupy, prawda?
Kocham cię i nie płacz po mnie, córciu.
Mama
PS NIE PŁACZ, PROSZĘ, ŚMIECH PRZEDŁUŻA ŻYCIE. Chociaż przez łzy się śmiej.

Leżałam na łóżku, otoczona przez zużyte chusteczki. Przyciskałam do twarzy list, wdychając subtelne perfumy mamy.
Tak mamo, będę się śmiać. Tylko jutro.
Dziś... dziś rany są jeszcze zbyt świeże. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz