To zajebiste uczucie
wyższości, gdy wszyscy czegoś pragną, a tylko ty masz do tego dostęp.
Poczucie bycia wyjątkową, należenia do swoistej elity - jednoosobowej w
dodatku. Nie wiem, czy to pycha, czy próżność, ale z pewnością oba to
moje drugie i trzecie imiona. Dobrze mi z tym.
Każda dziewczyna w tym
liceum śliniła się do niego otwarcie albo skrycie, chowając
zainteresowanie za maską pogardy do tego typu zachowań czy obojętności.
Zajętym udawało się odrywać myśli od tego przystojnego nauczyciela tylko
w towarzystwie partnera. Wszystkie lekcje wyglądały mojej grupy mniej
więcej tak samo: rozanielona płeć żeńska wpatrywała się w Liama - mojego
Liama - jak sroka w gnat. Płeć męska nawet nie próbowała zmieniać tego
stanu rzeczy, jak na początku roku. Skupiali się zazwyczaj na treści
zajęć, ponieważ testy były bardzo szczegółowe, a nawet ci zazdrośni
chcieli mieć u Payne'a dobre oceny, ponieważ... nie dało się go nie
lubić. Było to o tyle niezwykłe, że w innych grupach wyciągali oni PSP
albo komórki.
Niestety, Caro i Ellie w
trakcie mojego angielskiego kolejno miały chemię oraz francuski.
Właściwie jedyną naszą wspólną lekcją była matematyka. Na historię i
biologię chodziłam z Ellie, Caro towarzyszyła mi podczas w-fu oraz
fizyki. Nie wiedziałam, czy mają jakąkolwiek lekcję razem i miałam
nadzieję, że nie. Ułatwiłoby im to konspirowanie przeciw mnie.
Jak każdy dyktator panicznie bałam się utraty władzy.
Bazgrałam coś w
zeszycie, gdy nagle dotarło do mnie, iż w klasie zapadła cisza. Dłoń,
którą trzymałam długopis zamarła. Powoli, kontrolnie uniosłam głowę, by
przekonać się, iż co najmniej połowa uczniów zgromadzonych patrzy na
mnie mieszanką wyczekiwania i współczucia. W oczach kujonki Lisbet
błyszczało zadowolenie. Podniosłam głowę jeszcze wyżej, dostrzegając
także niesamowite czekoladowe tęczówki, świecące rozbawieniem.
Bez trudu odnalazłam się w sytuacji.
- Mógłby pan powtórzyć, panie Payne? - Uśmiechnęłam się słodko i przechyliłam głowę na bok.
- Steph, Steph, Steph...
- Podszedł do mojej ławki (która oczywiście była ostatnia w rzędzie) i
spojrzał na mnie z góry. Dla reszty obserwujących wyglądał po prostu jak
nauczyciel strofujący uczennicę, lecz ta szopka miała drugie dno. -
Kiedy w końcu zaczniesz słuchać na lekcji? Co mam zrobić, by mój
przedmiot w końcu cię zaciekawił?
- Myślę, że dobrą opcją
będzie zaprzestanie noszenia tak obcisłych T-shirtów, panie Payne -
oznajmiłam śmiało, bez mrugnięcia powieką. - Bardzo utrudnia
koncentrację.
Po klasie potoczyły się
chichoty, a nieogolone policzki Liama leciutko, niezauważalnie
zaróżowiły się. Odchrząknął jednak, po czym odpowiedział:
- W naszym kraju można
chodzić ubranym według własnego widzimisię, Steph. Zostaniesz po lekcji,
będziemy musieli porozmawiać o twojej, hmm, bezczelności i braku...
koncetracji. - Uczniowie odwrócili się w swoich ławkach, wiedząc, że to
koniec przedstawienia. Brunet jednak pochylił się w moją stronę i
wyszeptał:
- Dziś, po lekcjach.
I wrócił do swojego miejsca koło starej zielonej tablicy. Chwycił kredę.
No nie domyśliłam się, doprawdy. Taka głupia jestem, no.
- Zatem, William Shakespeare próbuje nam pokazać, jak zgubne bywają skutki...
Zanim wróciłam do
bazgrołów i fantazjowania o nauczycielu angielskiego, rozejrzałam się po
klasie. Zamarłam, napotykając szarozielone oczy, obserwujące mnie z
ciekawością. Spaliłam buraka i opuściłam wzrok na brudnopis, czując się
jak jakaś zauroczona gówniara.
Od kiedy Stephanie Fox-Lisowski się rumieni?!
Do końca lekcji
próbowałam zapisywać coś (cokolwiek), co wykładał Liam. Wskazówki
taniego plastikowego zegara posuwały się wolno jak ślimaki w smole.
Starałam się ukrywać podekscytowanie, nie dać po sobie poznać, jak
bardzo nie mogę się doczekać. Zresztą, profesora także łapałam na
kontrolnych spojrzeniach w moją stronę. Zadał pisemną pracę - chyba coś
o tym, jak zachowywalibyśmy się na miejscu tytułowego Makbeta - i
wiercił się na krześle. Czułam, że klnie na dżinsy, bokserki, uczniów,
szkołę, lekcje... mnie. Uśmiechnęłam się do siebie i wygodniej
rozłożyłam na drewnianym krzesełku, raniącym mój seksowny tyłek.
No co ja poradzę, doprowadzanie facetów do takiego stanu jest niesamowite. A skromność to moje... czwarte imię.
Upragniony dzwonek brzmiał niczym chóry anielskie. Zamiast raniącego i wwiercającego się w uszy dźwięku, słyszałam słynne Hallelujah
Händela (nawiasem mówiąc, jeden z bardzo niewielu utworów które
kojarzyłam, mimo, że były starsze niż Beatlesi), które k a ż d y zna.*
Wszyscy uczniowie nagle wstali i jak rażeni piorunem zaczęli się
pakować, zbierać do wyjścia. Nie ruszałam się z ławki, z rozbawieniem
obserwując gorączkowe ruchy moich rówieśników. Pewnie co najmniej połowa
zaraz poleci do domów, aby przyszykować się na dzisiejszą imprezę u
Caro z okazji rozpoczęcia weekendu. Ja byłam na tyle przemyślna, by
umalować się przed ostatnią lekcją, a w ciuszki wbiję się u
przyjaciółki. Lubię być wcześniej, bez ryzyka spóźniania, którego
nienawdzę. Naprawdę denerwuje mnie, kiedy z kimś się umówię, a ten ktoś
się spóźnia (Ellie).
Zielonoszare oczy i ja zostaliśmy w środku. Liam zaskoczony spojrzał na chłopaka.
- Potrzebujesz czegoś, Harry? - zapytał niecierpliwie. Powoli tracił panowanie.
Nie ruszył się zza
biurka. Rozmarzyłam się troszkę, przypominając sobie, co się na nim
działo. Rumieńców nie dostawałam nigdy. Aż do dzisiaj.
- Chciałbym, żeby pan mi
wytłumaczył... - Małpia czupryna nagle umilkł, pewnie podświadomie
czując na sobie moje badawcze spojrzenie. Zaczynałam się niecierpliwić,
wczoraj się już nie udało i dziś też..?! Nie ma mowy. - Ale w sumie to
bardziej sprawy notatek i tak dalej, to je od kogoś odkseruję... do
widzenia. - Zaraz po tych słowach wstał szybko i ulotnił się. Gdy w
końcu zamknął za sobą drzwi, cała moja uwaga została przeniesiona na profesora.
- Naprawdę tak bardzo
przeszkadza panu moja bezczelność? - zamruczałam seksownie, powoli
podnosząc się z się z tego narzędzia tortur dla tyłków, powszechnie
znanym jako drewniane krzesło. - Wyzwala pan ją swoją stanowczością.
Tylko uśmiechnął się zachęcająco. Żadne słowa nie były już potrzebne.
***
Nie poszłam na imprezę.
No, przynajmniej na tą szkolną. Zamiast przepychać się wśród swoich
rówieśników, wybrałam towarzystwo Liama. Piłam, właściwie piliśmy więcej
niż w normalny dzień tygodnia... Shoty to sens mojego życia.
Podbrzusze skurczyło się boleśnie przyjemnie na samą myśl o tym, że znów zostałam ostro
przepierzona. Jakkolwiek słodki potrafił być brunet, nie lubił się
długo bawić w macanki ani 'delikatności'. Whatever. Lubiłam ogladać
posiniaczone miejsca, jednakże brak możliwości normalnego chodzenia czy
siadania bardzo mnie denerwował. Żadne uczucie spełnienia tego nie
rekompensowało. Czułam się zużyta.
- ABYYYY - wrzasnęłam,
po czym zaraz skuliłam się na moim królewskim łożu i dałam sobie
mentalnego facepalma. Niby tyle imprezowałam, tyle piłam, a wciąż byłam w
stanie wrzeszczeć w stanie 'kacowym'. Czasami wręcz powala mnie moja
głupota.
Siostra pojawiła się w
kilka sekund. Położyła na moim stoliku nocnym tabletki na ból głowy,
suchą bułkę i szklankę wody. Twarz miała pokerową, jak zawsze, gdy byłam
w takim stanie. Ewidentnie nie pochwalała mojego zachowania, mojego
związku z Paynem, mojej postawy ale nic na ten temat nie mówiła. Rzucała
tylko znaczące spojrzenia, przez co czułam lekkie wyrzuty sumienia, na
szczęście tylko na chwilę.
Nie lubiłam ich. Taki sam stosunek miałam do mojej kochanej macochy/biologicznej matki Aby.
Ruda w milczeniu
obserwowała, jak szybkim ruchem zgarniam tabletkę, a potem łapczywie
przełykam wodę. Oczywiście, nie poczułam się od razu lepiej, z
doświadczenia jednak wiedziałam, że lek zacznie działać za jakiś czas.
Do tego czasu zdążę wypić jakiś basen płynów.
- Kejzerki jeszcze nie jedz - mruknęła dziewczyna. - Nie mam zamiaru znowu podtrzymywać ci włosów podczas twojego rzygania.
- Szczera jak zawsze - oznajmiłam, wygodniej układając się pod kołdrą. - I tak byś mi pomogła.
- Nie bądź taka pewna.
- Nie mogę, to cecha rodzinna.
Wywróciła oczami. Wstała
z łóżka, wygładziła białą koszulę i bez pożegnania wyszła. Wzruszyłam
ramionami, patrząc na najstarszego z milionów pluszaków na moim łożu -
na Misia Uszatka. Tata mówił, że jeszcze należał jeszcze do dziadka.
Nazywałam go po prostu Teddy, bo nie potrafiłam wymówić polskiej nazwy.
- Czasami czuję się jak jakaś dziwka - przyznałam mu się. - Jak często używana taksówka. Ale już za późno.
***
Weekend miał się ku
końcowi. Czułam, że czas wolny wręcz przecieka między palcami, mimo to
nie ruszałam się z łóżka całą sobotę. W niedzielę pojeździłam sobie na
rowerze - w starych dresach i bez makijażu, aby uniknąć rozpoznania - i
spotkałam nowego. Leżał na ławce, rozkoszując się ostatnimi promieniami
wrześniowego słońca. Ray-bany trochę zsunęły mu się z nosa ale i bez
tego dostrzegłam, iż po prostu uciął sobie drzemkę. Nie mogłam w to
uwierzyć. Wyglądał jak jakiś żul w tym swoim podartym białym T-shircie i
rurkach z dziurami na kolanach. Zeszłam z rowera, krzywiąc się do
siebie. Zdecydowanym krokiem minęłam menela, postanawiając już raczej
wrócić na piechotę niż pozwalać sobie na siedzenie na tym cholernym
siodełku. Ała.
- Hej, hmm, Steph
prawda? - Usłyszałam. Powoli odwróciłam głowę, widząc pośpiesznie
wstającego szarozielonookiego. - Słuchaj, no bo... ee... zgubiłem się
trochę, pomogłabyś mi?
Przystanęłam w miejscu.
- To zależy. - W głowie
gorączkowo odtwarzając swój wygląd. Super, poznał mnie, czyli inni z
pewnością też... Poprawiłam szybko spadające dresy.
- Od czego?
- Od tego, gdzie
mieszkasz. - Uśmiechnęłam się uroczo. Walić to, wygląd. zawiódł, został
urok osobisty. - Bo właściwie chciałam już wracać.
----------
*Hallelujah Händela - każdy zna, ale lepiej wpisać wpisać w jutjub
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz