sobota, 14 maja 2016

Rozdział drugi.

To zajebiste uczucie wyższości, gdy wszyscy czegoś pragną, a tylko ty masz do tego dostęp. Poczucie bycia wyjątkową, należenia do swoistej elity - jednoosobowej w dodatku. Nie wiem, czy to pycha, czy próżność, ale z pewnością oba to moje drugie i trzecie imiona. Dobrze mi z tym.
Każda dziewczyna w tym liceum śliniła się do niego otwarcie albo skrycie, chowając zainteresowanie za maską pogardy do tego typu zachowań czy obojętności. Zajętym udawało się odrywać myśli od tego przystojnego nauczyciela tylko w towarzystwie partnera. Wszystkie lekcje wyglądały mojej grupy mniej więcej tak samo: rozanielona płeć żeńska wpatrywała się w Liama - mojego Liama - jak sroka w gnat. Płeć męska nawet nie próbowała zmieniać tego stanu rzeczy, jak na początku roku. Skupiali się zazwyczaj na treści zajęć, ponieważ testy były bardzo szczegółowe, a nawet ci zazdrośni chcieli mieć u Payne'a dobre oceny, ponieważ... nie dało się go nie lubić. Było to o tyle niezwykłe, że w innych grupach wyciągali oni PSP albo komórki.
Niestety, Caro i Ellie w trakcie mojego angielskiego kolejno miały chemię oraz francuski. Właściwie jedyną naszą wspólną lekcją była matematyka. Na historię i biologię chodziłam z Ellie, Caro towarzyszyła mi podczas w-fu oraz fizyki. Nie wiedziałam, czy mają jakąkolwiek lekcję razem i miałam nadzieję, że nie. Ułatwiłoby im to konspirowanie przeciw mnie.
Jak każdy dyktator panicznie bałam się utraty władzy.
Bazgrałam coś w zeszycie, gdy nagle dotarło do mnie, iż w klasie zapadła cisza. Dłoń, którą trzymałam długopis zamarła. Powoli, kontrolnie uniosłam głowę, by przekonać się, iż co najmniej połowa uczniów zgromadzonych patrzy na mnie mieszanką wyczekiwania i współczucia. W oczach kujonki Lisbet błyszczało zadowolenie. Podniosłam głowę jeszcze wyżej, dostrzegając także niesamowite czekoladowe tęczówki, świecące rozbawieniem.
Bez trudu odnalazłam się w sytuacji.
- Mógłby pan powtórzyć, panie Payne? - Uśmiechnęłam się słodko i przechyliłam głowę na bok.
- Steph, Steph, Steph... - Podszedł do mojej ławki (która oczywiście była ostatnia w rzędzie) i spojrzał na mnie z góry. Dla reszty obserwujących wyglądał po prostu jak nauczyciel strofujący uczennicę, lecz ta szopka miała drugie dno. - Kiedy w końcu zaczniesz słuchać na lekcji? Co mam zrobić, by mój przedmiot w końcu cię zaciekawił?
- Myślę, że dobrą opcją będzie zaprzestanie noszenia tak obcisłych T-shirtów, panie Payne - oznajmiłam śmiało, bez mrugnięcia powieką. - Bardzo utrudnia koncentrację.
Po klasie potoczyły się chichoty, a nieogolone policzki Liama leciutko, niezauważalnie zaróżowiły się. Odchrząknął jednak, po czym odpowiedział:
- W naszym kraju można chodzić ubranym według własnego widzimisię, Steph. Zostaniesz po lekcji, będziemy musieli porozmawiać o twojej, hmm, bezczelności i braku... koncetracji. - Uczniowie odwrócili się w swoich ławkach, wiedząc, że to koniec przedstawienia. Brunet jednak pochylił się w moją stronę i wyszeptał:
- Dziś, po lekcjach.
I wrócił do swojego miejsca koło starej zielonej tablicy. Chwycił kredę.
No nie domyśliłam się, doprawdy. Taka głupia jestem, no.
- Zatem, William Shakespeare próbuje nam pokazać, jak zgubne bywają skutki...
Zanim wróciłam do bazgrołów i fantazjowania o nauczycielu angielskiego, rozejrzałam się po klasie. Zamarłam, napotykając szarozielone oczy, obserwujące mnie z ciekawością. Spaliłam buraka i opuściłam wzrok na brudnopis, czując się jak jakaś zauroczona gówniara.
Od kiedy Stephanie Fox-Lisowski się rumieni?!
Do końca lekcji próbowałam zapisywać coś (cokolwiek), co wykładał Liam. Wskazówki taniego plastikowego zegara posuwały się wolno jak ślimaki w smole. Starałam się ukrywać podekscytowanie, nie dać po sobie poznać, jak bardzo nie mogę się doczekać. Zresztą, profesora także łapałam na kontrolnych spojrzeniach w moją stronę. Zadał pisemną pracę - chyba coś o tym, jak zachowywalibyśmy się na miejscu tytułowego Makbeta - i wiercił się na krześle. Czułam, że klnie na dżinsy, bokserki, uczniów, szkołę, lekcje... mnie. Uśmiechnęłam się do siebie i wygodniej rozłożyłam na drewnianym krzesełku, raniącym mój seksowny tyłek.
No co ja poradzę, doprowadzanie facetów do takiego stanu jest niesamowite. A skromność to moje... czwarte imię.
Upragniony dzwonek brzmiał niczym chóry anielskie. Zamiast raniącego i wwiercającego się w uszy dźwięku, słyszałam słynne Hallelujah Händela (nawiasem mówiąc, jeden z bardzo niewielu utworów które kojarzyłam, mimo, że były starsze niż Beatlesi), które k a ż d y zna.* Wszyscy uczniowie nagle wstali i jak rażeni piorunem zaczęli się pakować, zbierać do wyjścia. Nie ruszałam się z ławki, z rozbawieniem obserwując gorączkowe ruchy moich rówieśników. Pewnie co najmniej połowa zaraz poleci do domów, aby przyszykować się na dzisiejszą imprezę u Caro z okazji rozpoczęcia weekendu. Ja byłam na tyle przemyślna, by umalować się przed ostatnią lekcją, a w ciuszki wbiję się u przyjaciółki. Lubię być wcześniej, bez ryzyka spóźniania, którego nienawdzę. Naprawdę denerwuje mnie, kiedy z kimś się umówię, a ten ktoś się spóźnia (Ellie).
Zielonoszare oczy i ja zostaliśmy w środku. Liam zaskoczony spojrzał na chłopaka.
- Potrzebujesz czegoś, Harry? - zapytał niecierpliwie. Powoli tracił panowanie.
Nie ruszył się zza biurka. Rozmarzyłam się troszkę, przypominając sobie, co się na nim działo. Rumieńców nie dostawałam nigdy. Aż do dzisiaj.
- Chciałbym, żeby pan mi wytłumaczył... - Małpia czupryna nagle umilkł, pewnie podświadomie czując na sobie moje badawcze spojrzenie. Zaczynałam się niecierpliwić, wczoraj się już nie udało i dziś też..?! Nie ma mowy. - Ale w sumie to bardziej sprawy notatek i tak dalej, to je od kogoś odkseruję... do widzenia. - Zaraz po tych słowach wstał szybko i ulotnił się. Gdy w końcu zamknął za sobą drzwi, cała moja uwaga została przeniesiona na profesora.
- Naprawdę tak bardzo przeszkadza panu moja bezczelność? - zamruczałam seksownie, powoli podnosząc się z się z tego narzędzia tortur dla tyłków, powszechnie znanym jako drewniane krzesło. - Wyzwala pan ją swoją stanowczością.
Tylko uśmiechnął się zachęcająco. Żadne słowa nie były już potrzebne.

***

Nie poszłam na imprezę. No, przynajmniej na tą szkolną. Zamiast przepychać się wśród swoich rówieśników, wybrałam towarzystwo Liama. Piłam, właściwie piliśmy więcej niż w normalny dzień tygodnia... Shoty to sens mojego życia.
Podbrzusze skurczyło się boleśnie przyjemnie na samą myśl o tym, że znów zostałam ostro przepierzona. Jakkolwiek słodki potrafił być brunet, nie lubił się długo bawić w macanki ani 'delikatności'. Whatever. Lubiłam ogladać posiniaczone miejsca, jednakże brak możliwości normalnego chodzenia czy siadania bardzo mnie denerwował. Żadne uczucie spełnienia tego nie rekompensowało. Czułam się zużyta.
- ABYYYY - wrzasnęłam, po czym zaraz skuliłam się na moim królewskim łożu i dałam sobie mentalnego facepalma. Niby tyle imprezowałam, tyle piłam, a wciąż byłam w stanie wrzeszczeć w stanie 'kacowym'. Czasami wręcz powala mnie moja głupota.
Siostra pojawiła się w kilka sekund. Położyła na moim stoliku nocnym tabletki na ból głowy, suchą bułkę i szklankę wody. Twarz miała pokerową, jak zawsze, gdy byłam w takim stanie. Ewidentnie nie pochwalała mojego zachowania, mojego związku z Paynem, mojej postawy ale nic na ten temat nie mówiła. Rzucała tylko znaczące spojrzenia, przez co czułam lekkie wyrzuty sumienia, na szczęście tylko na chwilę.
Nie lubiłam ich. Taki sam stosunek miałam do mojej kochanej macochy/biologicznej matki Aby.
Ruda w milczeniu obserwowała, jak szybkim ruchem zgarniam tabletkę, a potem łapczywie przełykam wodę. Oczywiście, nie poczułam się od razu lepiej, z doświadczenia jednak wiedziałam, że lek zacznie działać za jakiś czas. Do tego czasu zdążę wypić jakiś basen płynów.
- Kejzerki jeszcze nie jedz - mruknęła dziewczyna. - Nie mam zamiaru znowu podtrzymywać ci włosów podczas twojego rzygania.
- Szczera jak zawsze - oznajmiłam, wygodniej układając się pod kołdrą. - I tak byś mi pomogła.
- Nie bądź taka pewna.
- Nie mogę, to cecha rodzinna.
Wywróciła oczami. Wstała z łóżka, wygładziła białą koszulę i bez pożegnania wyszła. Wzruszyłam ramionami, patrząc na najstarszego z milionów pluszaków na moim łożu - na Misia Uszatka. Tata mówił, że jeszcze należał jeszcze do dziadka. Nazywałam go po prostu Teddy, bo nie potrafiłam wymówić polskiej nazwy.
- Czasami czuję się jak jakaś dziwka - przyznałam mu się. - Jak często używana taksówka. Ale już za późno. 

***

Weekend miał się ku końcowi.  Czułam, że czas wolny wręcz przecieka między palcami, mimo to nie ruszałam się z łóżka całą sobotę. W niedzielę pojeździłam sobie na rowerze - w starych dresach i bez makijażu, aby uniknąć rozpoznania - i spotkałam nowego. Leżał na ławce, rozkoszując się ostatnimi promieniami wrześniowego słońca. Ray-bany trochę zsunęły mu się z nosa ale i bez tego dostrzegłam, iż po prostu uciął sobie drzemkę. Nie mogłam w to uwierzyć. Wyglądał jak jakiś żul w tym swoim podartym białym T-shircie i rurkach z dziurami na kolanach. Zeszłam z rowera, krzywiąc się do siebie. Zdecydowanym krokiem minęłam menela, postanawiając już raczej wrócić na piechotę niż pozwalać sobie na siedzenie na tym cholernym siodełku. Ała.
- Hej, hmm, Steph prawda? - Usłyszałam. Powoli odwróciłam głowę, widząc pośpiesznie wstającego szarozielonookiego. - Słuchaj, no bo... ee... zgubiłem się trochę, pomogłabyś mi?
Przystanęłam w miejscu.
- To zależy. - W głowie gorączkowo odtwarzając swój wygląd. Super, poznał mnie, czyli inni z pewnością też... Poprawiłam szybko spadające dresy.
- Od czego?
- Od tego, gdzie mieszkasz. - Uśmiechnęłam się uroczo. Walić to, wygląd. zawiódł, został urok osobisty. - Bo właściwie chciałam już wracać.
----------
*Hallelujah Händela - każdy zna, ale lepiej wpisać wpisać w jutjub

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz